o tych bliższych i dalszych podróżach

motocyklem przez życie – karolina frytarda dudzik

Najważniejsza jest droga

DSCN2856

Do garażu idę już w kombi z kaskiem w jednej ręce i tankbagiem w drugiej. Jest środowy poranek, więc tym bardziej daje się odczuć wzrok przechodniów. O tej porze na motocykl? Przecież nie dość, że wieje, jest zimno, to do tego środek tygodnia. A w okolicy nie ma dziś żadnej imprezy motocyklowej, otwarcie sezonu już za nami.

Będzie klasycznie, po mojemu..

Nie kręci mnie stanie na miastowych szpanerplazach. Poza tym, jazda po wątpliwej jakości krajówkach między przedstawicielami handlowymi, tirami i autobusami, w tłumie ludzi wiecznie spieszących się do klienta, też nie jest moją ulubioną formą podróży. Nie zapominam, że jest środek tygodnia. Pojadę dokładnie tak jak lubię najbardziej. Będzie lokalnie i wcale nie dalej, bo zaledwie 10 km. Poza tym, to właśnie droga jest najważniejsza, więc 10 dodatkowych kilometrów odbieram jako dłuższą przyjemności z jazdy. A gdzie właściwie jadę? Do Poznania, by odrobinę powspinać się z asekuracją i rozpocząć wspinaczkowy sezon przed kolejnym wyjazdem w skały. No a oprócz tego mam nowe opony i napęd, więc czas najwyższy rozjeździć gumę!

Wyprowadzam Fazra z garażu i jeszcze przed wyjazdem spijam kawkę w rodzinnym gronie z mamą i babcią. Uwielbiam te trzypokoleniowe pogaduchy w babcinej kuchni. I cóż, jak to u babci, jeszcze odrobina ciasta i z pełnym brzuchem ruszam z okolic koszalińskiego ratusza.

Kieruję się w stronę Tychowa a dalej Połczyna-Zdrój. Jadę znajomą drogą. Wiem, że jest świeżo po remoncie. Zastanawiam się, co czeka mnie w kolejnych etapach. Z niecierpliwością. docieram za Połczyn-Zdrój. Przede mną ponad 20 kilometrowy odcinek z zakrętami. Walory krajobrazowe, piękne lasy, słońce, powalone drzewa i pustka na drodze robią dobry klimat. Nawierzchnia jednak coraz gorsza. Nie da się w tym miejscu, jak niegdyś, poocierać o asfalt na zakrętach. Liczę, że droga doczeka się remontu, to jeden z najciekawszych miejsc dla motocyklisty w rejonie Pomorza Środkowego. Czaplinek mnie zaskakuje, bo to właśnie tutaj kierując się w stronę Wałcza trafiam na piękny dywan, który, jak potwierdza pani ze stacji benzynowej, wylano ledwo rok temu. Aż chce się jeździć. Przede mną ponad 30 kilometrowy odcinek. Jadę na przemian między rozległymi polami a tunelem drzew. Ruch praktycznie żaden, więc mknę środkiem. Choć na plastiku, czuję się jak przysłowiowy Easy Rider. Momentami wiatr chce mnie zepchnąć z drogi, ale nie daję mu się! Opór powietrza spory, najwyżej motocykl więcej spali. Zaskakuje mnie wjazd do Czarnkowa! Miasto znajduje się na jedynym w okolicy wzniesieniu. Z oddali powoli wyłania się najwyższy punkt, a mnie dzieli przed nim jeszcze rzeka Noteć. Patrząc na krajobraz dookoła mam chęć poznać historię rejonu. W takich miejscach, nie budowano miast przypadkiem. Czarnków otacza obwodnica, która kieruje mnie przez Połajewo do Oborników. Tym razem jadę dalej przed siebie, na zwiedzanie będzie czas podczas innej wyprawy.

Uwaga miasto!

W Obornikach decyduję się odbić na 11, choć mogę też jechać przez Szamotuły. Ciekawa jestem jak wygląda obwodnica Poznania. Coś mi podpowiada, że, może być idealnym dopełnieniem podróży. Z jednej strony nie jestem zawiedziona, bo mknę przez równiutki asfalt, wjeżdżając i zjeżdżając wyprofilowanymi dojazdami. Oznaczenia są widoczne i prawie się nie gubię. Czuję jednak, że dobijam do dużego miasta. Wokół mnie coraz więcej spieszących się samochodów i tiry. Robi się tłoczno, mijam nawet wypadek. Kierowcy choć z reguły są uprzejmi, nie wszyscy chętnie ustępują. Zjeżdżam do miasta. Miało być lokalną 433 a wpadam od ulicy Głogowskiej. Poznań wita mnie korkiem, tłumem ludzi wracających z pracy, hałasem, tramwajami i… remontami dróg. Chcę przekonać się do GPSa, więc odpalam urządzenie, licząc że bezproblemowo pokieruje mnie do celu. Nic z tego. Wszechobecne remonty nakazują objazdy i ponad dwie godziny tracę na odnalezienie się w mieście. Udaje mi się, ale w głowie wspominam przejazd przez puste lokalne drogi i tym bardziej cieszę się, że nie zdecydowałam się na podróż 11.

W Poznaniu spędzam 2 aktywne dni. W końcu jakiś cel podróży i ja miałam. 2 treningi wspinaczkowe pod okiem kolegi, który jest instruktorem. Spędzam jeden wieczór w Blokhousie, drugi w Avanie. Odwiedzam też znajomych ze sklepu perkusyjnego Avant Drum Shop, śpię u jeszcze innych znajomych. Na wydrukowanej mapce miasta mam zaznaczone cztery punkty, z których każdy jest w innej części Poznania. Zwiedzam miasto na dwóch kółkach w dzień i w nocy. Nie odmawiam sobie też odwiedzin na Starym Rynku. Do mojego planu dochodzi piąty punkt, łączący pozostałe. Podczas parkowania jestem mile zaskoczona, bo okazuje się, że w Poznaniu motocykle mają darmowy parking. W końcu mam czas na zwiedzanie i błądząc między brukowanymi uliczkami cieszę oko wielkomiastowym widokiem.

Kierunek dom

Do Koszalina ruszam w piątkowy poranek. Już wiem, że na GPS nie mam co liczyć. Dopytuję kolegę o wskazówki dotyczące wyjazdu na wylotówkę, z uwzględnieniem aktualnych remontów i objazdów. Poznań żegna mnie korkiem aż do Oborników. Tankuję i spijam kawę na stacji, jak za dawnych czasów. Odrobinę żałuję, że nie zabrałam ze sobą swojego zestawu do parzenia kawy. Niestety, na moich lokalnych drogach, ruch większy. Tym razem, ja też się spieszę, by zdążyć do pracy. Słońce pięknie świeci i przedziera się przez kłęby białych obłoków, jednak wieje przeokrutny wiatr i jest zimno. Czuję jak kostnieją i palce a chłodne powietrze przebija się przez strój. Wiatr nie daje mi ani spokoju, ani przyjemności z jazdy. Zatrzymuję się na poboczu. Chowam się za motocyklem i zakładam kolejną warstwę ubrań. Jest zdecydowanie lepiej, wręcz żałuję, że od startu nie ubrałam się cieplej, najwyraźniej zmyliło mnie słońce i powolne przebijanie się przez miasto! Dojeżdżam do Koszalina, na chwilę parkuję Fazra pod domem, zjadam szybki obiad, w końcu w domowej lodówce zawsze coś się znajdzie i jeszcze jedna nogą w podróży zmierzam do pracy… Na wieczór zajeżdżam jeszcze do znajomych, którzy w piątkowy wieczór siedzą w klubie. Uśmiechamy się do siebie już z daleka. W pełnym kombi, z tankbagiem i mapą w ręku, wyglądam bardziej jak kosmita, niż elegancka dama. Ale przecież motocyklem przez życie…

Szerokości!