o tych bliższych i daszych podróżach

motocyklem przez życie – karolina frytarda dudzik

Weekend na wsi, czyli włóczęga po bliskiej północy

DSCN2033

No… może nie do końca na wsi, w końcu w Krajence jest rondo i światła. Ale przede wszystkim, według Google, to miasto. I niech będzie, że miasto. A dlaczego akurat tam? Aktualnie mam kilka powodów, by czasem tam jeździć. Zresztą mowa będzie nie tylko o Krajence, będzie też o Pile (gdzie ponoć jest niemile, czy na pewno?). Więc skąd ta wieś? To dotyczy bardziej trasy, bo tym razem 11 omijałam ze wschodu…

Start czasu motocyklowego piątek 18:30

Wcześniej było pakowanie. Tak się złożyło, że w sobotę wybierałam się na urodziny małego Janka. A Janek dostał nie lada prezent z okazji drugich urodzin. Tym razem na motocykl zapakowałam nie wora a… rowerek. I jakby nie patrzeć na czterech kołach ruszyłam najpierw do Krajenki, potem do Piły.

Już dobrze znaną trasą… znów ta 11 ehh… przez Bobolice i Szczecinek do Okonka. Prognozy nie były takie oczywiste, ale pogoda dopisała od początku. Ruch też nie był duży a i kierowcy puszek kulturalni.

Najbardziej w głowie utkwił mi odcinek z Bobolic do Janowca, gdzie przez około 5 km jest podwójna ciągła. Dogoniłam pewne BMW.. i wiecie co? Kierowca jechał przepisowo! Turlaliśmy się z tym BMW bez wyprzedzania, bez złośliwości i bez szpanerstwa 90 km/h.

„BMW a zanim motocykl i jadą 90 km/h? Przecież to niedorzeczne! Nikt mi nie uwierzy!”

Zastanawiam się, czemu takiego widowiska, nikt nie nagrał kamerą i nie puścił w sieci. Próbowałam też wyobrazić sobie minę kierowcy kolejnego auta, które mnie dogoniło.

Zaraz za Janowcem wyskoczyłam z tego przepisowego peletonu. Między autami czuję się trochę stłamszona. Jeśli jest możliwość, wolę jeździć samotnie albo przynajmniej w znacznej odległości od kierowców puszek.

A w Okonku na Lędyczek!

Do Lędyczka prowadzi wąska dróżka zaczynająca się od komisariatu policji w Okonku. Dalej przez kawałek prostej wśród pól. Oraz piękne winkle w leśnym krajobrazie. Później odrobina krajową 22 (nie więcej niż 1 km) i znów odbicie w prawo na świeżo wyremontowaną dróżkę prosto do Złotowa.

Kolejne małe wioski, tunel z drzew, pola, łąki. Kiedy tak wspominam ten odcinek cieszę się, że są jeszcze w Polsce miejsca, gdzie nie dotarły reklamy, bilbordy i… gdzie nie jeżdżą tiry. A na poboczu zamiast radiowozu z suszarką można spotkać mieszkańców w ich codziennym życiu. Takie miejsca nie zniszczone przez miasto, nie wykreowane na siłę pod turystów. Przynajmniej tak to wygląda z perspektywy motocykla. Tam, nawet pijaczek spod sklepu, bywa bardziej kulturalny, niż nie jeden samozwańczy boss w garniturze..

Do Złotowa wpadłam od północnej strony. Dalsza droga też lokalnymi miejscowościami. Przez Blękwit wprost do Krajenki. Tutaj rozpakowałam mój nietypowy, jak na motocyklową trasę popołudniową, bagaż. Około 20 osiągnęłam pierwszy cel podróży. Jechałam długo, bo w końcu zmobilizowałam się do robienia zdjęć. Kolejnym punktem na piątkowy wieczór była stacja PKP w Pile. Tym razem, to tam czekał Zbyszek, który koleją tłukł się ze stolicy.

Z Krajenki do Piły jest około 30 km. Pociąg miał nadjechać o 22:20, więc miałam chwilę przerwy na wieczorną kawę. Przed 22:00 ruszyłam, jeszcze za widna. Przez kolejne okoliczne miejscowości. Nie udało mi się jakoś specjalnie zwiedzić Piły nocą, bo od tej strony wypada się wprost na dworzec (no może jakieś 2 zakręty po drodze). Już w komplecie zapakowaliśmy się na Fazra. Dalej czekał nas już tylko powrót do Krajenki. Niestety nie znam tych rejonów na tyle, by mieć pewność, że po zmroku nie wyskoczy tu żadna zwierzyna. Do tego moje wiecznie rozregulowane światła… Wreszcie około 23 wpakowaliśmy Fazra do garażu. Na dziś się spisał wyśmienicie, a my padliśmy spać.

Przez przypadek na Grabażu…

Sobota miała być stacjonarna i taka też była. Z rozmowy wynikło, że w Krajence właśnie odbywa się jakiś festyn (czy coś podobnego). A wieczorem, jako gwiazda występuje Grabaż i Strachy na Lachy! No i przyznam, że takiej niespodzianki się nie spodziewałam. Może nie jestem jakimś wielkim fanem Grabaża, ale perspektywa koncertu, do tego za free była kusząca. Długo nie musieliśmy się zastanawiać, czy iść. Właściwie, to w ogóle się nad tym nie zastanawialiśmy. Po 20, praktycznie w kapciach pomknęliśmy na stadion. Na żywo usłyszałam wszystko to, co mogłam sobie zamarzyć, a nawet więcej!

W niedziele czekał nas wspólny powrót nad morze. Tą samą, dobrze znaną, trasą przez Lędyczek. Po pierwsze, bo jeszcze się nie nudzi, po drugie w dalszym ciągu staram się unikać 11, jeśli tylko mogę. Tym bardziej w sezonie! Obładowani bagażami zapakowaliśmy się na Fazra. W pięknym słońcu, z pełnym bakiem ruszyliśmy na północ. Znów po drodze udało się cyknąć trochę zdjęć. Na szczęście, nie trzeba było schodzić z motocykla. Pewnie byłoby ich znacznie więcej… gdyby w aparacie nie padła bateria. Do Koszalina dobiliśmy o 15:00. Ale…

… czy to koniec przygód?

Nic bardziej mylnego! Przed wjazdem do domu wciąż stał łoBUS (mój niedawno nabyty drogą kupna VW T3, o którym można by osobną książkę napisać). Jego, niezmieniona od piątku pozycja, świadczyła, że jednak Mechanik nie dotarł z rozrusznikiem i zapewne już nie dotrze. Czas wskazywał 15:00, a Maciek (Mechanik) o tej porze, to już pewnie dawno w Poznaniu…

Niestety balast należało usunąć z drogi. W nadchodzący weekend (a kto wie gdzie nas znowu poniesie) zapowiadała się tzw. „zbiórka gabarytów”, czyli wszystkich wielkich śmieci zalegających w domach. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to myśl, że ktoś przypadkiem może stwierdzić, że obok starych mebli, pralek itp. ów łoBUS jest wystawiony do sprzątnięcia…

Motocykl zaparkowałam do garażu. Podziękowałam Fazrowi za kolejne, wspólne, szczęśliwie przejechane kilometry. Z czeluści bagażnika innego VW (Golfa II) wyciągnęłam linkę holowniczą.

– Jak go podciągniemy tu pod górkę, to potem powinno pójść gładko – zadecydował Zbyszek. Wszystko było już przygotowane do ciągnięcia łoBUSa. Kiedy odpaliłam auto, zza naszej górki, nadjechał znajomy Passat a z niego wyskoczył Mechanik z „nowym” rozrusznikiem! Odwołaliśmy całą akcję, a Maciek zanurkował w silnik. Jeszcze chwilę trwało nim uporał się z upierdliwym rozrusznikiem. Pozostało podłączyć akumulator i sprawdzić, czy operacja się powiodła. Czyli po prostu… odpalić. Pojawił się schodek, którego nikt się nie spodziewał! Podczas całego zamieszania zgubiliśmy kluczyki od łoBUSa. Jak myślicie, czy 32 letnie auto z nie do końca znaną historią posiada zapasowy kluczyk?!

Po przekopaniu garażu, bo tam byliśmy; tankbaga, bo wróciliśmy z podróży; kuchni, bo robiłam kawę; Golfa, bo już prawie nim jechałam… wreszcie kluczki znalazły się w… Zbyszka spodniach. Tych samych, w których od początku przygody z kluczykami, zapierał się, że „ich tam nie ma”!! Ba, nawet 2 razy sprawdzał. Może i straciliśmy kolejne 40 minut na szukanie igły w stogu siana, ale kiedy zguba została znaleziona, naprawdę byłoco świętować!! Udało się! łoBUS po kolejnych kilku dobrych tygodniach etatu „rzeźby ogrodowej” odpalił! I zabrał nas na pierwszą w tym roku wycieczkę… Na razie wokół komina, mała pętelka w okolicach Koszalina. I kolejny już w ten weekend festyn, tym razem w Kretominie, Oraz kawa na przystani, na miłe zakończenie zwariowanego weekendu.

Dlaczego tak blisko? Bo czas naglił a łoBUS jeszcze wymaga pracy. Jak to z Maćkiem Mechanikiem określiliśmy:

„jak już wymienimy silnik i zacznie jeździć, to zrobimy całą resztę”

Ile może dziać się w jeden weekend?!

Działo się dużo, choć nic tego nie zapowiadało. Przecież w piątek ruszyłam na Fazrze sama na niewinne urodzinowe odwiedziny. W niedzielę do domu wróciłam ze Zbyszkiem łoBUSem. A włóczyliśmy się tylko po najbliższej okolicy, w taki zwykły weekend, jakich wiele w roku…

Szerokości!