o tych bliższych i daszych podróżach

motocyklem przez życie – karolina frytarda dudzik

Weekend w mieście

DSCN1595

Jest tak, że w słoneczne weekendy mnóstwo jednośladów z wielkopolski przybywa do Mielna. Taki jednodniowy czy weekendowy wypad. Nadmorskie parkingi aż kipą od motocykli z rejestracją zaczynającą się na „P”. Ja, miałam okazję, odwrócić tę trasę.

W piątek po pracy, z uśmiechem na twarzy, zamontowałam wora na Fazra, przyczepiłam nieśmiertelnego tankbaga i ruszyłam na wypad pod tytułem „Weekend w Mieście”. Cel na pierwszy dzień był jeden! Zabrać mojego Plecaczka z poznańskiego dworca PKP! Tłukł się pociągiem ze stolicy, a ja jechałam wygodnie ma motocyklu.

Przez Połczyn!

Nawet przez chwilę nie zastanawiałam się jaką trasę obiorę na wyjazd. Oczywistym było, że pomknę lokalnymi drogami z Tychowa do Wałcza a dopiero w Obornikach wbiję się na krajową 11. Tak też zrobiłam. I muszę przyznać, że… rozczarowałam się. O tym, że na drodze do Tychowa są roboty drogowe wiedziałam. Nie sądziłam, że coraz to nowe odcinki są rozgrzebywane a żaden nie jest skończony. Pierwsze 30 kilometrów od domu jechałam przez 3 wahadłówki i poszarpany asfalt. Później miało być lepiej, a przynajmniej tak mi się wydawało. Też nie wiedziałam, że najgorsze dopiero przede mną. Z Tychowa do Połczyna doturlałam się bez większych przygód. Nie mogłam doczekać się odcinka kolejnego, czyli Połczyn – Czaplinek. Słynnych serpentyn, którymi nie raz jeździłam. Martwiło mnie jedynie, że mogę natrafić na jakąś zawadzi drogę. W górach jeździ się inaczej. Tam miejscowi gnają po zakrętach pewni siebie i z wyczuciem, choć czasem patrząc z boku, może się wydawać, że ryzykownie. Na północy kraju jest więcej mistrzów długich prostych…

Niestety problem był inny. Ta piękna, reklamowana przez wielu (również przeze mnie) trasa straciła swój urok. Poszarpany i dziurawy asfalt. Dywan zasypany, ulubionym przeze mnie, żwirkiem, na którym motocykl teatralnie tracił przyczepność. I tak kolejne 20 km turlałam się powoli, by nie wypaść z drogi.

Całą sytuacje ratowała tylko pogoda oraz krajobraz. Ostatnio mało podróżowałam motocyklem, więc nie ukrywam, że doceniłam te „małe szczęścia”. A maksymalna prędkość, sięgająca ledwo co 70 km/h, pozwoliła jeszcze bardziej chłonąć  fajne widoki, choć w tej pięknej aurze brakowało po prostu… jazdy.

Później już z górki do Wałcza i dalej do Trzcianki. Za Czarnkowem dogoniłam 3 motocykle. Ekipę prowadził Gold Wing. Za nim dwa Choppery. Miałam wrażenie rywalizacji. Początkowo jechałam za nimi. Kiedy jednak zauważyłam, że średnio jadą 80 km/h, postanowiłam wyprzedzić. Tymczasem w najbliższej wsi już mnie dogonili i nim się zorientowałam Gold Wing już był przede mną. Pozostali nie byli jednak tacy skorzy to wyścigów.  Nie chciałam turlać się między nimi i kolejny raz wyskoczyłam przed  Gold Winga. Jechaliśmy w niewielkiej odległości od siebie. Wreszcie rozstaliśmy się w Obornikach żegnając serdecznie, trąbiąc i machając do siebie.

W Mokrej Łące (czyt. Suchy Las) zadzwoniłam do Zbyszka, że zbliżam się do Poznania. On też dojeżdżał. Potwierdziliśmy spotkanie w okolicach dworca – Wiesz tam, gdzie ten Mc Donald kiedyś był…

Poznań nocą

Choć zieloną tablicę z napisem „Poznań”, minęłam jeszcze za widna, na dworzec dotarłam w ciemności. Momentalnie zrobiło się czarno, a na dodatek trochę błądziłam po mieście. Znałam drogę na dworzec, bo właściwie wjeżdża się wprost na niego.  Poznań akurat rozkopany, więc nie dało się dojechać tą znaną trasą. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym na hurra nie szukała drogi. Przecież nie będę się nikogo pytać, a już na pewno się nie poddam i nie będę szukać trasy na mapie! W końcu, starym sposobem, stwierdziłam, że wystarczy jakkolwiek kierować się na centrum. Poznański dworzec jest tak charakterystyczny, że ciężko by go, ot tak ominąć. Po kilkunastu minutach kręcenia się raz w prawo, raz w lewo, ujrzałam znajomy budynek targów a na skraju drogi zauważyłam machającą rękę.

Dojazd do ostatecznego miejsca był jeszcze weselszy. Zbyszek z plecakiem oraz przerzuconym przez ramię workiem (bo przecież miało być blisko) wsiadł na moto. Już we dwójkę wystartowaliśmy dalej. Tym razem mój plecaczek robił za GPS. Niestety on też nie miał zaktualizowanych map, co do objazdów. I ponownie kręciliśmy się raz w prawo, raz w lewo, celem znalezienia rozgałęzienia z tego błędnego koła. Ostatecznie się udało. Ale Minęło kolejne 30 minut, nim dotarliśmy na ul. Kościelną. Tuż przed metą czaił się kolejny schodek. Pojechaliśmy za daleko o jakieś 150 metrów. Pech chciał, że była to droga jednokierunkowa. Ruch był jeszcze spory, więc mogłam wybić sobie z głowy niewinny powrót pod prąd. Pojawił się za to inny pomysł. – A może stoczyć się po chodniku, nie odpalając motocykla? W końcu jest z górki – zaproponował Zbyszek. Tak też zrobiłam i wreszcie udało się zaparkować w podziemnym garażu.

Co ma wspólnego motocykl ze wspinaniem?

Nastała sobota. W głowie był pomysł na jakąś trasę po okolicach, w końcu do wieczora było sporo czasu a pogoda aż prosiła się o wyjście z domu. Temperatura nie schodziła poniżej 18 stopni. Plan wyklarował się sam. Na Starym Rynku o godzinie 12:00 odbywało się puszczanie baniek mydlanych. Nie mogło i nas tam zabraknąć. Morze głów i jeszcze więcej baniek mydlanych ponad nimi. Później poszliśmy na zakupy, po buciki…

Do niedawna moim podstawowym hasłem było:

„Są miejsca, gdzie samochód nie wjedzie, rowerem jest za daleko, a motocyklem w sam raz!”

I przez wiele podróży to motto mi towarzyszyło. Ale co zrobić z miejscami, w które nie da się wjechać motocyklem? Czy w ogóle są takie miejsca?!

„Są miejsca, gdzie nie da się wjechać motórem, wtedy pozostaje wspinaczka.”

Zmodyfikowałam moje motto. Wprawdzie planowałam tylko przymiarkę butów do wspinaczki. Jest to nie lada wyzwanie, a w Koszalinie specjalistycznego sklepu brak. Wyszło jeszcze lepiej, bo w rozsądnej cenie udało się dokonać zakupu.

Wieczorem przyszedł czas na planowane spotkanie z, jeszcze wtedy, nieznajomymi i…

…na motocykl wsiadłam w niedzielę o 12:00

Czas gonił na kolejne spotkania, tym razem z rodziną, na urodziny dziadka. Powrót przez rozsypany żwirek, pofałdowany asfalt i te kilka wahadłówek przed samym Koszalinem, jakoś nie specjalnie mnie przekonywały. Przeprosiłam się z 11.

Przerwę zrobiłam na stacji benzynowej w Podgajach. Tankowanie, toaleta, telefon i w trasę. Ruszyłam wpatrzona w dal, nie zauważając odbicia na Koszalin. Tuż za miejscowością pojawiła się tablica informacyjna z odległością do Człuchowa i Gdańska. – Pffff, nie przypominam sobie, żeby na tej trasie kiedykolwiek była kilometrówka na Gdańsk.. – i mówiąc to uświadomiłam sobie, że przecież w Podgajach trzeba odbić w lewo! Droga pusta, szybka nawrotka i obrałam właściwy kierunek. Przede mną zostało niecałe 100 kilometrów, już bardzo dobrze znaną trasą, z Okonka do Koszalina. Po ciuchu śmiałam się z siebie, że zgubiłam się prawie pod domem, na prostej drodze.

Z naprzeciwka więcej osób wracało znad słonecznego weekendu nad morzem. Minęłam też mnóstwo motocykli, choć nie samotnych jeźdźców, raczej grupy. Wszyscy z nich solidarnie się witali. Ale największy uśmiech, na mojej twarzy, pojawił się, gdy przejeżdżałam przez Mostowo. Zdecydowanie lubię to miejsce! Dopiero w Koszalinie stwierdziłam, że wypadałoby się w końcu zatrzymać na przydrożnym parkingu i zrobić tam zdjęcie.

Miało być szybciej, wyszło jak zwykle

Do domu dotarłam dokładnie o 15:50. I kolejną liczbę, tym razem 500, mogę dopisać do listy szczęśliwie przejechanych kilometrów. I choć w głowie pozostał sentyment do zakrętów między Połczynem a Czaplinkiem, to niespecjalnie spieszy mi się tamtędy jechać. Może teraz należałoby poczekać kilka kolejnych lat, żeby trasa znów odzyskała swój pełen urok? A ja tymczasem poszukam innej lokalnej drogi na południe. Serducho ciągnie w góry i dopytuje się kiedy, kiedy, kiedy zdobędziemy nowy szczyt?

Szerokości!