o tych bliższych i daszych podróżach

motocyklem przez życie – karolina frytarda dudzik

O I ekspedycji polskich motocyklistek w niedalekie rejony

Motocyklistki na Hell-u

Nie będzie to historia wielkiego wyjazdu poza granice świata, w najbardziej odległy punkt od domu. Nie będzie to też o zdobywaniu dalekich kontynentów. Będzie trochę bliżej, żeby nie powiedzieć, trochę nawet wokół komina, ale zdecydowanie zwariowanie i spontanicznie, bo przecież tak jest najlepiej.

Nie będę się też rozpisywać o tym jakie były plany, gdzie miałyśmy dojechać, czy w jakim składzie. To też w dużym stopniu uległo modyfikacji.

Wreszcie po dwóch tygodniach wyczekiwania, upragnionego wrześniowego weekendu, zaczynającego się od piątku 13-go trzy delikatnie zwariowane kobietki ruszyłyśmy w swoją motocyklową podróż z Koszalina… przed siebie.

Widok zza okna…

Deszcz wystartował jeszcze w czwartek o godzinie 17, kiedy postanowiłam podjechać na stację benzynową zatankować. W końcu umówiłyśmy się, że w piątek będziemy spakowane, zwarte i gotowe do wyjazdu o 16. Zastanawiałam się tylko, czy mój niedawno nabyty kombinezon nie przemoknie. Na szczęście obeszło się bez wody zarówna w majtkach i jak i butach. Głupio by było zmoknąć do suchej nitki dzień przed wyjazdem, bo raczej marne szanse, że ciuchy wyschłyby do końca. Obecność deszczu też mnie nie martwiła, w końcu od wyjazdu dzieliły nas prawie 24 godziny. W ten czas mogło się jeszcze wiele wydarzyć… Niestety jak się przekonałam, w ciągu kolejnych 20 godzin nie wydarzyło się zupełnie nic, co mogłoby sugerować, że za zaświeci słońce, albo chociaż księżyc. Lało nieprzerwanie do godziny 13 w piątek 13.

Jeszcze rankiem zadzwoniła Justyna stawiając nasz wyjazd pod znakiem zapytania, do tego dołożyłyśmy kiepskie samopoczucie Izuli i koniec był wręcz pewny. Ale… nim przybiłyśmy ostatni gwóźdź do trumny naszemu wypadowi, zaproponowałam abyśmy zaczekały do soboty i nawet zmieniły trasę. Dziewczyny się zgodziły, przecież wszystkie już zapakowane byłyśmy jedną nogą w podróży.

Kiedy od 13 ucichły krople deszczu obijające się o parapet kuchni i nie usłyszałam tego znajomego dźwięku przez kolejne 30 minut wysłałam do Justyny radosnego SMS o moim wielkim odkryciu. Ona również uradowana postanowiła, że dziś przepędzi maszynę. Ja też miałam taki pomysł. A skoro byłyśmy już dwie? Do kompletu brakowało tylko Ani i Izuli. Szybkie telefony i już było wiadomo. Iza z racji choroby jednak pasowała, ale Ania… choć już pogodziła się z myślą i nawet, jako jedyna zdążyła zmodyfikować plany weekendowe na niemotocyklowe, dołączyła do nas.

Byłyśmy już trzy!

Nie miałyśmy pomysłu i noclegu. Ja za to pamiętałam o kontakcie z Pankracynką, poznaną na forum Mad Moto Girls. Wykonałam obiecany telefon.

  • Cześć, tutaj Frytka z forum MMG. Bo wiesz… my miałyśmy jechać tam do Lidzbarka Warmińskiego, no ale pogoda nam trochę płata figle i chyba jednak odpuścimy sobie. Ale jako, że jesteśmy już zapakowane i koniecznie chcemy gdzieś wyruszyć, ustaliłyśmy, że można by do Gdańska się wybrać. Możesz nam podpowiedzieć czy tam gdzieś w okolicy jakąś agroturystykę albo coś ograniemy? – dopiero po chwili dotarło do mnie, że zapytałam o agroturystykę w Trójmieście, co jakby, delikatnie mówiąc, jest… zabawne.
  • Słuchaj wpadajcie, możecie spać u mnie – odpowiedziała Pankrac.

Nie spodziewałam się takiego biegu zdarzeń. Szybki telefon do dziewczyn z nową propozycją, telefon potwierdzający do Pankrac i już o 17, zważywszy na to, że od 16:00 do 16:30 wisiałyśmy na telefonach, zwarte i gotowe ruszyłyśmy spod sianowskiej Biedronki zdobywać Gdańsk.

Uwaga jedziemy!

Choć miałyśmy ochotę jechać bocznymi drogami, resztki rozsądku podpowiadały, że lepiej jechać krajową 6, bo kto wie, czy nas nie zmoczy jeszcze. Prowadziła Justyna, Ania w środku a ja zamykałam nasz trzyosobowy peleton. Do 17 słońce znów zdążyło zniknąć a niebo zrobiło się biało szare. A im bliżej wschodu, tym coraz większa zdawała się być deszczowa chmura na horyzoncie. Zatrzymałyśmy się kilka kilometrów przed Lęborkiem. Termometr na drodze wskazywał około 18 stopni, mimo to wiał chodny wiatr i było zimno. Ubrałyśmy się cieplej i bez tracenia czasu ruszyłyśmy dalej. Niestety nie ujechałyśmy daleko.

Na wyjeździe z Lęborka policja zabarykadowała drogę i kierowała objazdem. Między Godętowem a Lęborkiem miał miejsce wypadek i droga była zupełnie nieprzejezdna. Zrobił się korek. No ale przecież nie będziemy w nim stać! Udało nam się wyminąć kilkadziesiąt aut, policjanci kazali jechać przez Łęczyce (gdziekolwiek to jest). Nasza mapa nie posiadała tej miejscowości a GPS nie chciał nam pomóc i cały czas kierował z powrotem na 6 a my byłyśmy zbyt niecierpliwe, by zatrzymać się i dać mu pomyśleć. Nie wiem nawet w którym momencie odbiłyśmy od ciągu samochodów jadących objazdem, ale zagalopowałyśmy troszeczkę za daleko. W efekcie wylądowałyśmy w przeuroczej miejscowości na lekkim wzniesieniu o nazwie, której nawet google maps nie chce ujawnić. Dzięki małemu zagubieniu zaliczyłyśmy wspaniały zachód słońca, ale… straciłyśmy prawie godzinę na kręceniu się między Lęborkiem a Nową Wsią Lęborską oraz wszystkim okolicznymi wioskami, z której żadna nie była Łęczycą. Gdy w końcu wydawało nam się, że „to może być tutaj!”, natrafiłyśmy na już znaną barykadę oraz policjantów kierujących objazdem. We trzy wybuchnęłyśmy śmiechem, cóż innego nam pozostało? Nawigatorki z nas kiepskie.

Kiedy z Anną próbowałyśmy od jednego policjanta dowiedzieć się, gdzie dokładnie należy odbić na te Łęczyce, Justyna rozmawiała z drugim. Po czym panowie policjanci rozstąpili się przed nami i pozwolili przejechać główną drogą, choć jeszcze nie była otwarta. Pomyślałam, że dwie motocyklistki to za mało, ale trzy motocyklistki to już pojazd uprzywilejowany. I nie chcę wiedzieć, co myśleli Ci kierowcy stojący dalej w korku, których kierowano objazdem widmo.

Jechałyśmy kilka kilometrów zupełnie pustą drogą. Ale nie tylko to wprowadzało mroczny i tajemniczy klimat tego odcinka. Nawet miejscowości, które mijałyśmy zdawały się być wymarłe. Żadnych ludzi, żadnych świateł w oknach, szczekającego psa, czy czegokolwiek innego sugerującego o formie życia.

Wreszcie z daleka wyłoniło się mnóstwo migających świateł. Kilka wozów strażackich, policja oraz pomoc drogowa. Ekipa już sprzątała, po niemałym wypadku. Nie wiem co dokładnie wydarzyło się na miejscu i nie bardzo chcę wiedzieć. Samochód osobowy, który pakowano na lawetę był doszczętnie zniszczony, nie byłam w stanie rozpoznać jaka to marka. Kawałek dalej stał poturbowany VW T4 z przyczepką. Krajobraz jak z filmu, a nawet gorszy, bo prawdziwy a nie fikcja. Strażacy pokierowali nas przez sam środek tego zamieszania. Między autem pomocy drogowej a wozem strażackim. Ten obraz długo zostanie w pamięci i nawet przypomniałam sobie, że może i lepiej, że to właśnie przed Lęborkiem zatrzymałyśmy się na te kilka minut? Rzeczy nie dzieją się bez powodu.

Przed nami do pokonania było jeszcze ponad 50 km. Po takim widoku i już po zmierzchu jechałyśmy ostrożniej. Wreszcie w Gdyni przystanek w Maku i telefon do Pankracynki, że dotarłyśmy. Na nasze spotkanie wyznaczyła Skwer Kościuszki, takie ot miejsce gdyńskich motocyklistów. Zarówno tych od szpanu jak i jeżdżących. Kiedy już byłyśmy w komplecie Pankrac została naszym przewodnikiem.

Wieczorna jazda po Trójmieście trochę różniła się od mojego poglądu na temat poruszania się motocyklem po mieście. Była jednak ciekawym doświadczeniem. Ale o szczegółach może nie będę mówić głośno, za to opowiem chętnie przy kawie : ). Motóry zostały bezpiecznie na parkingu a my podążyłyśmy do gdańskiej kamiennicy na kolację nie przy świecach. Jednocześnie obmyślając plan na sobotę. Pomysłów było mnóstwo od Krynicy i Malborka po samochodowy wypad do IKEI. Na szczęście rankiem wygrał zdrowy rozsądek a zakupy w IKEI odłożyłyśmy na inny termin.

Po pysznym śniadanku zapakowałyśmy się na motocykle i pojechałyśmy do Rewy (która notorycznie myli mi się z Rewalem). Tym razem dzienna przejażdżka po Trójmieście, krótki przystanek na molo w Sopocie. Choć niebo znów pokryte było szarymi chmurami, deszcz na nas nie kapał. W Rewie obiadek, szybka kawka. Wcale nie chciało się wracać, do tego było jeszcze wcześnie (około godziny 14). Kierunek ujawnił się sam.

„Na Hel!”

Pankracynka odprowadziła nas do skrzyżowania, tam zakończyła się nasza wspólna przygoda. W międzyczasie zdążyła jeszcze spalić gumę w ramach bramy ślubnej tuż przed samochodem młodej pary. Mi udało się ledwo co zamielić lekko oponą (chyba zakopywanie w piasku jednak jest łatwiejsze nić palenie kapcia na asfalcie). Potem jeszcze orkiestra „do odcinki” aż rozstałyśmy się – Pankrac w stronę Gdańska, my na Hel. Nie mogła nam się trafić fajniejsza przewodniczka!

Droga 216 prowadzi wzdłuż zatoki Puckiej, momentami z naszej prawej strony wyłaniała się prawie błękitna woda. Szczególnie w okolicy samego Pucka. Właściwie to wyobrażałam sobie jakimi widokami można tu cieszyć oko gdy świeci słońce… albo jak przyjemnie jechałoby się tędy o wschodzie słońca! Nie wykluczam doświadczyć tego w przyszłości. Ale po chwilowym zamyśleniu wracałam do rzeczywistości. W końcu, nie można mieć wszystkiego. Z jednej strony żałowałam, że słońce nie przebija się przez chmury, z drugiej strony dzięki temu droga była mniej obfita w przypadkowych turystów. Jechało się przyjemnie.

Półwysep helski

Taki hmmm… ciekawy obszar naszego rodzimego kraju, które zapewne dla miejscowych nie jest specjalnie atrakcyjny. Dla mnie to jednak kultowy punkt do zdobycia. Podobnie jak Sianki czy Wołosate w Bieszczadach, Szklarska Poręba w Karkonoszach i wyspa Wolin. I ucieszyłam się, że kolejny krańcowy rejon Polski został zdobyty. Wprawdzie nie po raz pierwszy, bo przecież zdarzało mi się tu bywać, ale nigdy wcześniej motocyklem.

Miłą niespodzianką w centrum Helu okazały się stojące zabytkowe auta VW – garbusy oraz transportery od 1 do 3. Dla mnie tym bardziej szczególny widok, gdyż od niedawna posiadam T3. Mały spacer w porcie, kawa wypita w ogródku uroczej knajpki i powrót na zachód.

Kiedy tak siedziałyśmy i rozmawiałyśmy na różne motocyklowe tematy, zadzwonił mąż Justyny, że właśnie jest w drodze na Hel (również motocyklem). My z Anią już podjęłyśmy decyzję, że dziś wracamy. Justyna postanowiła zostać na półwyspie wraz z mężem niczym nienowo-żeńcy. Ot takie nieplanowane miłe niespodzianki, jakich sporo podczas mało zorganizowanych wyjazdów.

Zbliżając się ku końcowi…

Jeszcze razem pojechałyśmy pod zieloną tablicę z napisem Hel, żeby zrobić te śmiechowe zdjęcie pamiątkowe pod tytułem „My na tle tablicy”. Cóż nam pozostanie na kolejne lata, jak nie tych kilka zdjęć z uśmiechami i odrobina zwariowanych wspomnień w głowie? Kolejnym przystankiem była Jastarnia. Próbowałam znaleźć miejsce, gdzie uda nam się wjechać pod samą zatokę motocyklami. O tym, że do portu nie wjedziemy, wiedziałam. Długo nie mogłam zlokalizować godnej uwagi miejscówki. Gdy wreszcie takową znalazłam… okazało się, że jednak to port. Ku memu zdziwieniu wjechałyśmy bez przeszkód, brama była otwarta. Stanęłyśmy pod największym jachtem. Po raz kolejny tego wyjazdu przekonałam się, że trzy motocyklistki to zdecydowanie pojazd uprzywilejowany. Wcale nie byłyśmy specjalnie cicho, wcale też się specjalnie nie kryłyśmy. Pomimo tego nikt nas nie pogonił. Uwieczniłyśmy uśmiechnięte twarze na zdjęciach. A trwało to tyle czasu, że zdążył złapać nas mąż Justyny. Pożegnaliśmy się ostatecznie

Z Anią około godziny 18 wystartowałyśmy do Koszalina. Powrót lokalną 216 i krajową 6, znanymi drogami. Z jednym tankowaniem, zajął nam 3h bez kilku minut. Pomimo tego, że do przejechania było tylko 220 km, uważam, że to całkiem dobry czas. Ostatnie 70 km pokonywałyśmy w ciemnicy, już po zachodzie słońca, więc tempo trochę spadło. Do tego te moje rozregulowane światła…. ehhh czas najwyższy naprawić tę usterkę. Kiedy zeszłam z motocykla, już na parkingu pod domem, chwilę czasu zajęło mi, nim znów rozprostowałam kości. Pewnie część z was zna to uczucie. Po zmroku temperatura znacznie spadła i przyznam, że nie naszykowałam się na taką pogodę. W domu ciepła herbatka na rozgrzanie i pod kołdrę. Ania napisała dopiero rano, że bardzo zmęczona, jednak ogromnie szczęśliwa dojechała do swojej bazy. Czekałyśmy jeszcze na powrót naszych nienowo-żeńców. Dojechali w niedzielne popołudnie.

Złote myśli

Choć deszcz wisiał w powietrzu cały czas, nie padało ani przez moment. Ucieszyłam się, że nie zrezygnowałyśmy w wypadu, z powodu jakiejś błahostki, jaką jest niepewna pogoda. Ale to nie koniec refleksji. Dla mnie wyjazd, choć krótki, był kolejnym ciekawym i innym doświadczeniem. Pierwszy raz podróżowałam tylko z dziewczynami (i to więcej niż sztuk 1). Jaki jest efekt? W głowie zrodziło się milion pomysłów na kolejne zarówno mniejsze jak i większe wyjazdy. Pomimo różnicy wieku, doświadczenia, czy stażu za kierownicą dwóch kółek, jeździło nam się dobrze. Owszem nie raz gubiłyśmy się, nie maiłyśmy też kontaktu przez Bluethoot. Właściwie to w drodze powrotnej uświadomiłam też sobie, że nie mam nawet numeru telefonu do Anki. Nie raz też któraś klęła w kasku, że ta została z tyłu, a tamta zaś wyrwała. W bilansie końcowym, każda z nas okazała się wyrozumiała i tak zwyczajnie normalna a rozmowy nie kończyły się awanturami i fochami. A właśnie tego obawiałam się najbardziej podczas damskiego wypadu. Niepotrzebnie. Dodatkowo, dla moich kompanek posiadanie rodziny czy dzieci zupełnie nie było przeszkodą na weekendowy wypad! I to jest fajne. Coś czuję, że w przyszłym roku… częściej będziecie mogli spotkać nasz motocyklowy pojazd uprzywilejowany, nie tylko we wrześniu i kto wie, może w jeszcze większym składzie! Do zobaczenia!

Szerokości!