o tych bliższych i dalszych podróżach

motocyklem przez życie – karolina frytarda dudzik

Slalomem przez Polskę cz. II

051

W 2009 roku podczas podróży Slalomem przez Polskę (relacja tutaj) stanęłam w Nowym Sączu na rozstaju dróg. Wtedy, jeszcze z plecakiem, na Virago 535. Zastanawialiśmy się czy jechać na zachód byle bliżej domu, czy też uderzać na wschód i odwiedzić Bieszczady, w których tak dawno nie byliśmy. Minęły dokładnie 3 lata od tamtego dylematu.

Wolne było, pogoda dopisywała, choć jak sięgnę pamięcią, to ostatnio pogoda, ma najmniejszy wpływ na decyzję, co do wyjazdów. Mapa, aparat, kawa, drugie śniadanie i czekolada zapakowane. Tuż przed wjazdem wymieniłam jeszcze klamkę sprzęgła. Już drażnił mnie widok wygiętej dźwigni i linka, która kiepsko była wyregulowana… W trochę innych okolicznościach, bo tym razem na Fazrze, bez plecaka i tak trochę od drugiej strony, dokończyłam rozpoczętą podróż Slalomem przez Polskę. Plan zakładał przelot przez Komańczę, Duklę, Żmigórd, Ożenną. Dalej kawałek Słowacją do Muszyny i kolejno Piwniczna Zdrój, Nowy Sącz, Gródek nad Dunajcem, Zakliczyn, Ciężkowice, Gorlice i z powrotem przez Duklę do Cisnej.

9:45 czasu motocyklowego – START

Początkowo jeszcze sennie jechało się przez już znajome rejony, bo jakoś tak wyszło, że od kilku miesięcy mieszkam w Bieszczadach, więc trasa z Cisnej do Komańczy nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Wręcz przeciwnie przyznam szczerze, że to najgorszy bieszczadzki odcinek jaki udało mi się poznać. Do tego mijałam ukochane roboty drogowe. Dziury i mnóstwo kamyczków, które tylko zrywały przyczepność. Ale kto wie może przyjdzie taki moment, że wreszcie na poważnie państwo zajmie się remontem tej drogi? Za to ja, jadąc tym odcinkiem, tylko przekonywałam się jak bardzo brakuje enduraka… Na polskich drogach rzeczywiście sprawdzał by się idealnie. Żadne dziury, piaseczki czy roboty drogowe nie byłyby straszne. Człowiek mógłby pruć 90-100 km/h zarówno po lokalnych jak i leśnych drogach. W Komańczy, w lewo na Duklę i to jest droga, którą jechałam pierwszy raz. I przyznam, że aktualnie nasycona jestem widokiem gór, więc ten odcinek też nie zrobił na mnie większego wrażenia, a i asfalt nie był rewelacyjny.

Kierunek – Popradzki Park Krajobrazowy

Plan był, by nie jechać krajówkami, byle jak najszybciej do celu, tylko tak jak kilka lat temu zabłądzić jak najwyżej w góry, mało uczęszczanymi drogami. Wzbijaliśmy się przełęczą z Nowego Żmigórdu do Krempnej. Dalej w stronę Ożennej na Słowację. Trasa wiodła przez Magurski Park Narodowy. I przyznam, że przelot przez przełęcz był rzeczywiście atrakcyjny. Wpadając do Słowacji liczyłam na lepszy asfalt, ale… Podobnie jak przy granicy z Czechami okazuje się, że asfalt nie jest taki, jak wielu motocyklistów sobie marzy. Natomiast od polskiego dywanu wyróżnia go fakt, że nawet na maksa załatany odcinek jest po prostu płaski. Jakby ktoś z poziomicą sprawdzał, czy nie ma wybojów na drodze.

Trochę z przygodami

Jechać tak bez przygód jest nudno a że, nieszczęścia chodzą parami, to właśnie na Słowacji miał miejsce kulminacyjny punkt tego wyjazdu. Rozpoczęło się od małego zagubienia w Bardejovie. Choć pewna byłam, że jadę krajową 77 w stronę zachodu do Muszyny, w K’lusow zorientowałam się, że to nie ta droga. Niestety nie miałam przy sobie mapy Słowacji, więc trzeba było zrobić tak, by nie wyjechać, poza ten skrawek papieru, który posiadałam. W tym też momencie zapaliła się lampka od rezerwy. Hmmm czemu mnie to nie dziwiło? Jeszcze bez paniki trochę bardziej bocznymi drogami niż początkowo planowałam. Przez Richval i Kuzlow trafiłam z powrotem na właściwą ścieżkę. Od kilku tankowań wskaźnik paliwa coś wariuje, a że licznika przed wyjazdem nie wyzerowałam, zupełnie nie wiedziałam ile paliwa w baku zostało. Liczyłam na odrobinę szczęścia i o dziwo… poszczęściło się.

Leluchów – Muszyna – Piwniczna Zdrój

W Leluchowie odbiłam znów do Polski. Droga do Muszyny wiedzie wzdłuż Popradu z przełęczy wpada się wprost na most łączący centrum z małym „przedmieściem”. Widok całkiem „WOW”. A ja po raz kolejny przekonałam się i spróbuję przekonać Was, że Polska na motocyklu też jest fajna i nie trzeba jeździć daleko, bo nacieszyć oko widokami, pokręcić się po serpentynach czy też odpocząć. W Muszynie przystanek i kilka pamiątkowych fot, bo kto wie kiedy tu znów zabłądzę. Tam gdzie stanęłam przechodziło mnóstwo dzieciaków. Młode chłopaki (oby zostali w przyszłości motórzystami) witali się i z lekkim zastanowieniem patrzyli, co ta „typiara” robi. Za to ja z lekkim uśmiechem na twarzy ustawiałam samowyzwalacz, tak by zrobić jakieś sensowne zdjęcie. A skoro już się zatrzymałam, to jeszcze łyk kawy i kanapka. Byłam już bliżej niż dalej połowy drogi.

Szukając jednodniowej trasy na mapie urzekł mnie odcinek wiodący wzdłuż granicy ze Słowacją z Muszyny do Piwnicznej Zdrój. Tory kolejowe, rzeka Poprad i granica. Postanowiłam na własnych oponach sprawdzić, czy ów odcinek w rzeczywistości prezentuje się równie atrakcyjnie, co na kartce. I jak się okazało… raj na ziemi. Hmmm który to już motocyklowy raj na ziemi znalazłam i to na dodatek w Polsce?

Cel – tankowanie

Zastanawiałam się, czy nie odbić w stronę Wierchomli, co by odwiedzić jednego znajomego, ale mrugająca lampka przypominała o ubywającym paliwie. Tym razem rozsądek wygrał i postanowiłam poszukać stacji. A szukać nie trzeba było długo, bo zaraz za Muszyną z prawej strony uraczyła mnie egzotyczna stacja w żaden sposób nieprzypominająca Orlena, Statoila czy innego BP, do tego z bardzo starodawnym dystrybutorem. Cóż… stacja jak stacja, oby tylko paliwo nie było chrzczone. Zaryzykowałam tankowanie, zapytałam o toaletę. Toaleta była, ale nie było wody, więc nieczynne. Trochę już w górach mieszkam, więc spodziewam się, że czegoś brakuje, nie ma, albo nie będzie w najbliższym czasie. Podsumowując całą historię z tankowaniem, sprzedawca okazał się, ujmę to delikatnie… obojętny, zrezygnowany i lekko dający do zrozumienia „a dajże mi babo święty spokój”. Pozostały krzaki. Bardziej niż chęć zaspokojenia fizjologicznej potrzeby zmartwiło mnie, już nie pierwsze z jakim się spotkałam, obojętne wręcz pesymistyczne podejście ludzi i wiszący w powietrzu marazm. Pewno jeszcze długo nie zrozumiem takiej postawy i szczerze, to nawet nie będę się strać rozumieć. Tak czy owak, nie było co filozofować, bo.. w dalszym ciągu chciało się sikać 😀

Za to mnie mały kryzys dopadł zaraz za Młodowem. Trochę zmęczenie dało się we znaki. Nie była to moja pierwsza dłuższa podróż, więc już wiedziałam jak sobie poradzić. Znów przystanek, kanapka i kilka łyków kawy, chwila odpoczynku. Obudzona ruszyłam dalej. A pełną koncentrację odzyskałam w Nowym Sączu, akurat trafiłam na godziny szczytu, no a przecież, że nie będę stać w korku…

Dunajec

Do Gródka nad Dunajcem odbiłam od Kurowa jadąc wzdłuż Dunajca. Dalej drogą zwaną Językiem Teściowej, która wiedzie prawobrzeżem Jeziora Różnowskiego. Choć widoki zdecydowanie wygrywały nad dolnośląską Doliną Stu Zakrętów, czy Obwodnicą Bieszczadzką, to dość spory ruch nie pozwalał na maksymalne wykorzystanie tego odcinka trasy. Mimo wszystko skusiłam się na podwójne zdobycie przełęczy. Po odrobinie szaleństwa przyszedł czas, by zawijać rogala do domu. Ostatni odcinek po Beskidach przez sam środek Ciężkowicko-Różnowskiego Parku Krajobrazowego. Kolejno drogami 975, 980 i 977 dobiłam do Grolic.

Zbliżając się do końca…

Choć w górach, już było z przysłowiowej górki. Pozostała Dukla, w Tylawie odbicie na Komańczę i Cisną. Końcówka już lokalną 897. Zastanawiałam się tylko jak będzie wyglądać ten remontowany rano odcinek. Jak się domyślacie wyglądał… zupełnie beznadziejnie. Przed samą Cisną, dokładnie na Przełęczy Żebrak, jeszcze przystanek. Słońce akurat zachodziło, więc była okazja do kolejnej fotki „my na tle tego czegoś tam”. W międzyczasie szybki telefon do mamy. To znaczy… miał być szybki, wyszło jak zwykle. Na koniec tankowanie, co by moto było zwarte i gotowe do kolejnego wyjazdu.

Zrobiliśmy 510 km i wicie co… po niezliczonej ilości weekendowych wyjazdów w Góry Stołowe ze Szczecina oraz podróży dookoła Europy poczułam pewien kilometrowy niedosyt. Za to powróciło niesamowite zadowolenie z kolejnej samotnej podróży, bo tych ostatnio było mało…

Szerokości!