o tych bliższych i daszych podróżach

motocyklem przez życie – karolina frytarda dudzik

Urlop bez planu, czyli 5 dni mototułaczki

043

Opisywanie podróży zawsze wychodzi mi lepiej po czasie, kiedy kilka tygodni później siadam w fotelu, z komputerem na kolanach, przy świeżo zaparzonej kawie.

Odpalam foty, filmy i wtedy wracają wspomnienia. Na pierwszy ogień przypominam sobie te zmęczenie w drodze powrotnej. Ale już bez bólu, że przed nami jeszcze cholerne 300 km w żółwim tempie a rano, jak gdyby nigdy nic do pracy. Z perspektywy czasu, gdy emocje opadną wiele spraw wygląda inaczej. Teraz, leżąc w swoim bałaganie chce mi się śmiać i krzyczeć: „było rewelacyjnie, daliśmy radę!”

Cała podróż swój początek miała zupełnie bez planu. Wyprawa? No właśnie… żadne popołudnie, żaden weekend… nic nie pasowało, żeby jakkolwiek zsynchronizować czas wolny na wyjazd. Jacek rzucił hasło! „Ale kto powiedział, że musimy jechać w weekend? Weźmy sobie 3 dni wolnego w tygodniu i jedźmy!” Trafne spostrzeżenie. Dlaczego nie mielibyśmy zrobić sobie weekendu w środku tygodnia, skoro i tak wszyscy pracujemy w ustawowe weekendy? Udało się wbić w kalendarz. Ruszamy na początku lipca Pomysłów było wiele z 3 dni dochodziło do 7, w sumie udało nam się zorganizować 5. Przygotowanie do wyjazdu…

…najlepiej ujął w słowa Kazik

„Pomysł o wyjeździe narodził się dosyć spontanicznie. Mamy 5 dni, więc trzeba to dobrze wykorzystać. Problem z wolnym był, ale się dogadaliśmy. Za to Jacek musiał jeszcze pozałatwiać sprawy w Szczecinie stąd jego poniedziałkowa obsuwa o kilku godzin. Największym wyzwaniem było przygotowanie sprzętów. Kiepski stań łańcucha Fryty był pierwszą przeszkodą. Jeszcze gorzej z najmniejszą XR-ką, którą na potrzeby wyjazdu trzeba było przerobić z crossowego brudasa w turystycznego Gold Winga. Zmiana opon poprzecinane dętki a na koniec rozwalona felga. Tutaj pomocny okazał się Kajtek (podziękowania dla niego). Stwierdził, że skoro wyjeżdżam a czasu na przygotowania coraz mniej, pożyczy koło na wyjazd. Po zmianie koła, opon , dorobieniu stelaży i zmianie przełożeń pozostała jeszcze wymiana oleju, regulacja zaworów i, co najważniejsze, umycie motonga : ) Z XR byliśmy już gotowi do drogi… W międzyczasie pod garażem pojawiła się Fryta, jak zawsze z dziwnym problemem. Tym razem sprzęgło niedomagało. Właściwie dla mnie nawet lepiej. Zostawiłaby Fazra wzięła Savage, przynajmniej obydwoje mielibyśmy podobne tempo. W sumie była w takiej desperacji, że jeszcze noc przed wyjazdem kombinowała jak skoczyć do Koszalina po drugie moto. Zerknęliśmy do sprzęgła. No racja. Problemu by nie było, gdyby dokręciła pokrywę od małej zębatki po zmianie napędu… Fazer i XR gotowe do drogi. Nam pozostało pakowanie. Za to TDM Jacka w dalszym ciągu stała zawalona gratami na samym końcu garażu…”

Dzień pierwszy – okiem XR

Wyjazd standardowo miał być wcześniej. Ale zamiast ustalanej początkowo 8 wyjechaliśmy o 11:30 😀 Rano pakowanie w deszczu. XR załadowana jak wielbłąd a dodatkowo na szczyt bagaży dorzuciłem uszkodzoną felgę, która od razu zawiozłem do naprawy. O 11:30 na stacje dotoczyła się spóźniona Fryta. Tankowanie do pełna i lecim na Cedynię. Droga w delikatnym deszczu nie była najgorsza. Większa ulewa pojawiła się przy Chojnie. Oba moto złapało niebezpieczne uślizg tylnego koła. Poza tym jednym incydentem XR, o dziwo, jechała bardzo sprawnie. Choć straciła trochę werwy. Zamiast z piątki na koło z gazu szła tylko z pierwszych dwóch biegów. Przelotowa utrzymywała się w granicy 90-100 km/h. W Cedyni krótki postój i słit focie przy pomniku walki pod Cedynią. Milion schodków w górę i już byliśmy ponad całym miastem ( i powiem, że warto było).

Następnie droga na Kostrzyn i śniadanie w Biedronce. Standardowo kiełba, chlebek , jakaś konserwa, do tego motokeczup i piknik na Orlenie gotowy. Przy tankowaniu okazało się, że turlający się Fazer spala w granicach 4-5 l/100km, zaś goniona XR mieści się w okolicy 3,4-3,5. Jest dobrze! Z Kostrzyna ruszyliśmy szybko na Międzyrzecz, Jacek powinien tam dotrzeć równo z nami. Nie chcieliśmy tracić kolejnych godzin. Na 16:05 zameldowaliśmy się w Międzyrzeczu, a właściwie w Pniewie. W tym momencie sms od Jacka: „Autobus się spóźnił będę 1,5h później.” Szybko do kas i biegiem na zwiedzanie bunkrów. O 16 ruszyła ostatnia tura. Na moto zostawiliśmy cały dobytek. Nie było czasu na rozkminę, co zrobić z bagażem. Na szczęście, po powrocie, wszystko czekało grzecznie na swoim miejscu.
Przewodnik okazał się pasjonatem znającym ciekawe historie. Wprowadził nas w szczegóły dotyczące zwiedzanych bunkrów. Było warto. Ruszyliśmy na pomnik Jezusa do Świebodzina. Po przyjeździe okazało się, że Jacek jest 10 km za nami. Poczekaliśmy na niego i spożyliśmy pierwszą wspólną „podwieczerzę” pod pomnikiem. Później chwila relaxu. Małe wygłupy, palenie gumy i wheele – nie mogłem się powstrzymać. Słit focie pod pomnikiem i dalej. Po drodze jeszcze zakupy, tym razem wyjątkowo w Tesco. Ja zostałem przy moto pilnować dobytku a Fryta z Jackiem polecieli na szaber. Zaopatrzeni ruszyliśmy przed siebie…

Dni kolejne okiem Fazra…

I to dosłownie przed siebie, bo w zasadzie wiedzieliśmy tyle, że mamy jechać do Wlenia na spływ kajakowy. Ale gdzie to dokładnie jest?! Nikt nie wiedział. Mapa też przestarzała, więc dojazd nie wyglądał na „oczywisty”. Spod Jezusa a w zasadzie spod Tesco wyjechaliśmy późno. Z racji tego, że tempo było jakie było, nie mogliśmy pozwolić sobie na szybkie pokonanie, tych teoretycznie ostatnich, kilometrów. Oczywiście musieliśmy też zabłądzić w Zielonej Górze, byłoby za prosto, gdyby okazało się, że na czuja jedziemy w dobrym kierunku. Po kilku przygodach wreszcie byliśmy za Bolesławcem. Tu zaczęło być chłodno, mokro (choć z nieba nie padało, to asfalt był świeżo po deszczu) i zapadał zmrok. Szybka decyzja- śpimy TU. Dosłownie TU. Zjechaliśmy w pierwszą boczną drogę w las, rozbiliśmy namiot, zapieliśmy motocykle i poszliśmy spać, padnięci po pierwszym dniu wyjazdu.

W nocy obudziła nas przeogromna ulewa, choć namiot był rozłożony „na odwal się”, o dziwo, nie przemókł. Czego nie można powiedzieć o mojej kurtce. Rano Kazik obudził się pierwszy wyskoczył z namiotu i wybuch wielkim śmiechem: „No to przetestowałaś swoją nową kurtkę… została na noc na dworze. Ale za to będziesz mieć suche siedzenie… a nie sorry, to Jacek będzie mieć suche siedzenie.” Wszyscy wybuchliśmy śmiechem, na szczęście kurtka się świetnie sprawdziła…. w zasadzie to już była sucha. Test przeszła pozytywnie. Pobudka za nami. Nie pozostało nic innego jak wyprowadzić motocykle, złożyć namiot i ruszyć dalej. Na poranną toaletę w środku lasu nie było szans. Choć przez moment pojawił się pomysł, co by po kolei przywiązać się do xr i tarzać po rosie… : ) Śniadanie też z lekkim opóźnieniem postanowiliśmy spożyć we Wleniu. Zapasów nie mieliśmy. Jak się okazało, do Wlenia mieliśmy przysłowiowy rzut kapciem, beretem tudzież zużytą oponą.

Gdzieś po drodze, nie wiedzieć czemu, Jacek nagle zawrócił rzucając szybko „zaczekajcie na mnie chwilę”. W zasadzie nie wiedzieliśmy co miał na myśli, ale grzecznie poczekaliśmy, jednocześnie pytając o drogę. W tym miejscu zaczęły się pierwsze schody związane z dojazdem do celu. W międzyczasie jeszcze szybki telefon i kontakt z częścią ekipy, która miała nam towarzyszyć w wyprawie na kajaki. Sylwia, Osama i Maciek jechali autem. Ruszali właśnie z Jeleniej Góry. Była duża szansa, że idealnie się zsynchronizujemy. Jacek wrócił, pewnie musiało mu coś z bagażu wypaść, stąd ta nawrotka. Teraz już bez przystanków ostatnie kilka kilometrów do Wlenia. No i wreszcie śniadanie…

Zajęliśmy sobie urocze miejsce obok fontanny na ryneczku we Wleniu. Męska część naszej paczki poszła na zakupy, natomiast ja zostałam pilnować motongów, jednocześnie delektując się fajnym, miejscowym klimatem. Jacek z Kazikiem nie źle musieli bajerować panią w sklepie, długo nie wracali a do tego ekspedientka sama, podobno z nieprzymuszonej woli, pokroiła niekrojony chleb. Takiego śniadanka jeszcze nie jedliśmy. Motokanapki i motokeczup – towarzysz naszej podróży od początku wyprawy. Do tego soczek, woda. W tym momencie Jacek wyskoczył ze świeżutkimi wiejskimi pomidorkami. Wyjaśnił się powód jego tajemniczej nawrotki. Rzeczywiście po drodze mijaliśmy straganik ze świeżymi warzywami. Pycha… Naładowani energią byliśmy gotowi do dalszego działania. Nawet czas mieliśmy całkiem niezły, więc szansa na powodzenie wyprawy kajakowej była jeszcze większa, niż zdawało nam się po pobudce w środku lasu. Jacek potrzebował jeszcze butów. Takie zwykłe trampki na kajak. Po rozejrzeniu się naliczyliśmy wokół rynku cztery sklepy obuwnicze. Męska część ekipy znów poszła na zakupy.. Ja czekałam na wesoły samochód, ale ten wcale się nie zbliżał…

Kajaki

Po mniejszym i większym błądzeniu trafiliśmy na miejsce docelowe. „U Czorta”. Wcześniej, szukając spływu, gdzieś w necie znalazłam adres. I co jest rewelacyjne w wypadach na spontanie? Nagle okazało się, że człowiek, który prowadzi ośrodek i organizuje spływy też jest motocyklistą. Mało tego! Organizuje też motocyklowe rajdy na orientację. Tematów wspólnych nie zabrakło! Nie wspomnę też o atrakcyjnej promocji dla motocyklistów 🙂 Dzięki. Wreszcie dojechał wesoły samochód. Sylwia, Osama i Maciek wyskoczyli ze słynnej czerwonej Hondy teścia. Jak miło było znów zobaczyć te twarze. Wiedziałam, że to będzie udany spływ!

Załadowaliśmy się do busa i ruszyliśmy w dół rzeki. Do pokonania mieliśmy 20 km. Fajna trasa, brakowało tylko piwka w kajaczku, chociaż może i lepiej – bezpieczniej 🙂 Zważywszy na to co wydarzyło się mniej więcej po pokonaniu 3/4 trasy…
Wydawało mi się, że bliżej gór rzeki będą bardziej wzburzone i przeprawa kajakiem nas wymęczy. Jednak rzeka była nad wyraz spokojna. Z jednej strony dobrze Kazik był pierwszy raz, więc w tej kwestii ok. Ale my z Tomkiem szukaliśmy „dziury w całym”. Obieraliśmy ster na najbardziej problemowe miejsca w okolicy. Żeby było weselej przepływaliśmy pod każdym napotkanym drzewem. Niestety jedno nas pokonało… i właśnie tej wyprawy przydarzyła nam się pierwsza w życiu wywrotka w kajaku. Pech chciał, że akurat wtedy na pokładzie mieliśmy aparat, ogólnie wiele różnych rzeczy leżało luzem. Nie wspomnę też o kluczykach i dokumentach do Hondy… Tomek popłynął, kajak się wywrócił a ja zawisłam na drzewie. Widząc odpływający kazikowy aparat nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać. „Oj będzie oper!@#”. Ekipa popłynęła dalej. My, na szczęście cali. Standardowo kilka nowych siniaków, woda wylana rzeczy prawie skompletowane. Straciłam buty. Trudno… bardziej martwił mnie aparat Kazika i jego mina. Na szczęście ów incydent nie popsuł nam humoru. Ja, tylko smutnie rzekłam: „chyba mam bana na przepływanie pod drzewami?” Problem rozwiązał Osama: „możesz, ale tylko 2 drzewa do końca spływu”. Znów cała ekipa wybuchła śmiechem. Gdzieś po drodze Kazik i Jacek wyłowili też mojego jednego buta, drugi niestety przepadł w Bobrze. Natomiast na domiar męczenia urządzeń elektrycznych w wodzie Kazik postanowił przetestować swój telefon. Włączył weselne przeboje i wrzucił telefon do wody, uprzednio mocując go na sznurku. Na koniec zadowolony stwierdził, że jest lepszy niż aparat, bo przeżył kąpiel. No to znów się wszyscy uśmialiśmy, a ja wiedziałam, że mimo zmoczenia aparatu dalej będziemy się świetnie bawić. Przed nami było jeszcze 3 dni wspólnego latania…

Spływ dobiegał końca. Kazik z Jackiem nienasyceni postanowili jeszcze jeden numer wywinąć na koniec. My z Osamą mieliśmy dość kąpieli. Suszyliśmy rzeczy. W tym czasie, oni, wyrzucili z kajaku wszystko co cenne i postanowili spłynąć złazem. Widząc to przed oczami miałam tragedię, za to reszta ekipy świetnie się bawiła. Chwila grozy i chłopaki stoczyli się, na szczęście bez wywrotki, choć było blisko. Ufff. Wreszcie wszyscy uradowani stąpaliśmy bezpiecznie po ziemi, oczekując na bus.

Pasterka czy Karpacz?

Podstawową zasadą wyjazdu na spontanie. A właśnie ten wypad do takiego należał jest brak planu. Gdzie jedziemy? Co robimy? Gdzie śpimy? Wszystko wychodzi podczas podróży. Sytuacje same się stwarzają, więc korzystamy. Owszem, jakiś zalążek planu był. Mieliśmy przy sobie spodnie naszego kolegi z pracy i pomysł by odstawić mu je do Karpacza. Tam się przekimać i uderzyć dalej. Natomiast byliśmy też z ekipą z Pasterki. Chęć odwiedzenia reszty ekipy i powrotu w pasterskie rejony też była kusząca. Zresztą gdzieś tam w luźnych planach był pomysł zjawienia się w tym miejscu. Teraz była ku temu jeszcze większa okazja. W końcu postanowiliśmy pojechać na Pasterkę. Do tego wykorzystaliśmy teściową Hondę. Balast wrzuciliśmy Osamie do auta i ogień na Czechy potem Kudowa-Zdrój, na koniec nasz cel… Pasterka. No z tym ogniem może przesadziłam, wiadomo jakie było tempo. Choć już w tych górskich rejonach 90 km/h wcale nie było wleczeniem się.

Ostatnio często zdarzało mi się latać po czeskich drogach. Ta, na którą się zdecydowaliśmy, a właściwie, która wpadła nam pod koła, nie należała do typowego czeskiego asfaltu z krążących historii o idealnych drogach. Owszem nawet połatana była płaska i bez kolein, ale „to jeszcze nie to”. Jechaliśmy bez mapy. Wiedzieliśmy tyle, że do Czech wtoczyliśmy się od strony Lubawki, kierować mamy się jakkolwiek na Nachod a tam już tylko Kudowa-Zdrój i prawie jesteśmy na miejscu. Jadąc tymi rejonami gdzieś tam w głowie powracały myśli poprzednich wyjazdów motocyklowych. Kojarzyłam te miejsca…

Winkle, proste, widoki, zmierzch. W takim stylu dojechaliśmy znów do granicy. W Kudowie przystanek i tankowanie. Dalej już tylko na Pasterkę. Jeszcze wtedy Kazik z Jackiem nie wiedzieli, że za moment wpadniemy w jeden z najciekawszych motocyklowych odcinków rejonu, czyli Dolinę Stu Zakrętów. Wieczorem w końcu odpoczynek, piwko, ognisko z ekipą ale przede wszystkim ciepły prysznic.

Czeska środa

Rano już standardowo motośniadanie. Tym razem w Kudowie-Zdrój na trawniku za Biedronką. Dalszy Plan… może Praga? Będąc tak blisko grzechem nie zawinąć rogala do stolicy Czech. Choć osobiście niekoniecznie miałam ochotę na zwiedzanie muzeów, to w myśl zasady razem przyjechaliśmy, razem działamy, pojechaliśmy w komplecie. Podróż? W jedną stronę jechaliśmy bocznymi drogami, przy okazji odwiedzając miejsce, gdzie kiedyś mieszkał i pracował Jacek. Niestety przez tempo jakie mieliśmy, ledwo co dawaliśmy radę z trasą. Pierwszy raz zasnęłam za kierownicą motocykla! Nie wiem jak to się stało…. ale poczułam tylko jak zjeżdżam na lewą stronę jezdni. Potem szybkie podniesienie głowy i błagalne spojrzenie w stronę kompanów z prośbą o przystanek. Jak się później okazało nie tylko ja ucięłam sobie komara. Tuż przed Pragą zatrzymaliśmy się na bocznej drodze, by zregenerować siły. Motoobiad a na deser mirabelki w tłumiku.

Z nudów oraz znużenia szukaliśmy zajęcia na pobudkę. Jacek postanowił wrzucić mirabelkę do tłumika TDMki, po czym przygazować. Udało się! Mirabelka wyskoczyła! Śmiechu co niemiara, więc zabawy ciąg dalszy. Czas na Fazra. Jak się okazało z Fazerki mirabelki nie chciały dumnie wyskoczyć. 15 minut śmiechu, ale pomysłu na wyciągnięcie mirabelek z tłumika brak. Wreszcie Kazik wymyślił! W sumie nawet dobrze to rozkminił. Nie pozostało nic innego jak, po powrocie, udać się do autoryzowanego serwisu Yamahy: „Dzień dobry chciałabym zapytać ile kosztuje wyciągnięcie mirabelek z tłumika? Dodam tylko, że mój motocykl jest srebrny i ma dwie łyse opony”. Tak czy owak dalej w trasę ruszyłam z tłumikiem pełnym mirabelek.
Pragą byłam mile zaskoczona! Przyznam szczerze, że dawno tu nie byłam, zapomniałam o urokach miasta. Jeździliśmy, zwiedzaliśmy i oglądaliśmy widoki, czego efektem są słit focie pod tytułem „My na tle tego zajebistego krajobrazu”. I co dla mnie najważniejsze, nie było potrzeby płacenia i zwiedzania muzeów. Praga zaliczona. Czas wracać! Tylko którędy?

No to mieliśmy problem. Jeździliśmy wzdłuż i wszerz szukając jakkolwiek wyjazdu w stronę Polski, oczywiście bezskutecznie. Gdzieś na skrzyżowaniu wpadliśmy na motocyklistę. Zapytaliśmy o drogę. Zaczął pokazywać na mapie i tłumaczyć którędy jechać. Ja już dawno się zgubiłam, Jacek dzielnie słuchał, choć powoli też przestał ogarniać. Wreszcie Kazik stwierdził, że można poprosić, czy nas po prostu nie odstawi na wylotówkę. Słuszna sugestia. Zgodził się, byliśmy uratowani. Kolejny spontaniczny wyjazd bez konkretnego planu wygrał nad pełną organizacją i GPSem w kieszeni.

Tym razem postanowiliśmy wracać autostradą. Ostatnie korony wydane na tankowanie XR i w drogę. Nuda, nuda, spanie, nuda, nuda, spanie z przerwą na poszukiwanie najbardziej wymyślniej pozycji na moto, co by ograniczyć monotonność. Zdziwiliśmy się, gdy lewym pasem wyprzedziły nas dwa holujące się auta. Na domiar złego skończył mi się repertuar pod kaskiem. Był kolejny powód na przymusową przerwę. Napój energetyczny, kawa oraz burza mózgów na kolejne działanie.

Nie mogliśmy wymyślić nic bardziej pokręconego jak… holowanie XR. Dzięki temu zabiegowi z magicznych 90 km/h wskoczyliśmy na 120 km/h oraz pełne skupienie. Oby tylko nas nikt nie złapał i oby bezpiecznie w jednym kawałku dojechać do końca autostrady.

Choć wydawać by się mogło, że po przeprawie przez autostradę nie będziemy mieli ochoty na dalsze komplikacje trasy, to pomysłów nie było końca. Obraliśmy trasę na około, bocznymi, krętymi drogami. W końcu jesteśmy w Czechach! Nie ma, że boli. Korzystać trzeba do końca! I rzeczywiście…. żadne słowa nie opiszą widoku Nowego Miasta nad Metiji o zachodzie słońca. Pytacie o zdjęcie? Nie ma… nie mieliśmy ze sobą fotografa, a bardziej niż zatrzymywanie się co 3 min i robienie zdjęć woleliśmy zapisywać w głowie otaczające nas widoki. Choć te były tak nieziemskie, że wreszcie skusiliśmy się na małą przerwę na łące. Do Pasterki zajechaliśmy po zmroku. Szczęśliwi, pełni energii i wrażeń. Znów usiedliśmy przy ognisku z naszą pasterkową bandą i dojadając motokiełby opowiadaliśmy o dzisiejszej przygodzie.

Ten ostatni czwartek…

Kajaki zaliczone, Praga zaliczona. Ostatnim nieformalnym punktem podróży był dzień poświęcony tylko i wyłącznie na winkle, najlepiej czeskie. To była ostatnia szansa, bo nasza podróż dobiegała końca. Wyszło… jak zwykle. Jako, że sytuacje same się stwarzały, pojawiła się misja, by odstawić Hondę do Bielawy. Szybka zmiana planów i nowy cel – tama w Lubachowie. Kazik z Jackiem wskoczyli na TDM i Fazra. XR daliśmy wolne i tak dostała niezły wycisk. Ja natomiast usiadłam za sterem katamaranu i po kolejnym śniadanku na trawniczku w Biedronce, ruszyliśmy w stronę Bielawy. Trasa idealna – Kudowa-Zdrój – Radków -Nowa Ruda – Bielawa! 70 km iście górskich winkli, właśnie tego oczekiwaliśmy! Chłopaki dali czadu na motngach, ja dumnie goniłam ich Hondą kręcąc filmy. Wreszcie będą jakieś namacalne pamiątki.

W Bielawie czekali na nas rodzice Tomka. Chwila relaksu, kawka i pyszny zapiekany w cieście kabaczek. Aż szkoda, że jutro ostatni dzień wyjazdu. Odstawiliśmy Hondę. Jak to u rodziców, zapakowaliśmy wałówkę dla Tomka, wzięliśmy też dla niego kask. Zostały nam 2 motocykle i 3 osoby. „No przecież, nie będziemy się wozić na wora!” Szybki telefon do przyjaciela. Choć nie było go w domu, za chwilę czekała na nas VFR 800. (Dzięki Jurek) Wystarczyło podejść dwa domki dalej. Ja odzyskałam Fazra. Kazik z Jackiem licytowali, kto pierwszy dopadnie Vefry.
W międzyczasie jeszcze raz zadzwoniłam do Jurka z podziękowaniami i z zapytaniem, czy może jednak polatałby z nami. Zgodził się, ale jak się domyślacie, plan zwiedzenia tamy w Lubachowie legł w gruzach. Mimo wszystko, mieliśmy zapewnionych tyle atrakcji, że było warto odpuścić sobie ten punkt programu.

Podczas oczekiwania na Jurka pojechaliśmy na bielawski zbiornik. Trochę błądziliśmy, ale wreszcie udało nam się znaleźć jezioro. Na moje nieszczęście, po drodze mieliśmy z Fazrem małą parkingówę. Mała gleba przy zawracaniu, ja kolejny siniak do kompletu, moto na szczęście bez większej szkody. Nad jeziorkiem znów chwila relaksu i pierwsza w te wakacje kąpiel. Wreszcie zadzwonił Jurek, że gna w stronę Bielawy. Wyjechaliśmy na przeciw. Już w komplecie obraliśmy kierunek na Pasterkę. Po drodze zahaczając o stację benzynową. Fazer potrzebował oleju. W sumie od początku sezonu nawinęliśmy wspólnie ponad 10 000 km, poprzednia wymiana była ponad 6 000 km temu. Miał prawo domagać się o świeżą dostawę. Zresztą TDMka też dawała dyskretne sygnały. Litr oleju do podziału był wskazany.

Do Pasterki trafiliśmy wieczorem. I znów narodziny kolejnego pomysłu. Jurek jest artystą ulicznym, tego wieczoru miał zaplanowane show na wrocławskim rynku. Szybkie spojrzenie i już wiedzieliśmy, że jedziemy do Wrocławia. Tym razem wzięliśmy ze sobą Tomka. Mieliśmy ruszać, kiedy Kazik (to wariat) stęskniony za XR postanowił jeszcze uskutecznić małe wariactwa na polu. I na co mu to było? Nie dość, że miał glebę, to jak się później okazało rozciął sobie piętę. Chyba pierwszy raz XR go tak ostro potraktowała. Pewnie miała żal za samotny dzień przed schroniskiem :).

Szybka trasa do Wrocławia, nie cała godzinka i byliśmy już na rynku, po drodze zabierając jeszcze Kasię i z małym przystankiem we wrocławskim salonie moto-akcesoria.pl. Rynek, światła miasta, zmierzch, fireshow i nieziemsko smaczne naleśniki (dzięki Kasia). Czas jednak płynął nieubłaganie. Z 20 zrobiła się północ. Tak bardzo odkładany powrót zbliżał się coraz większymi krokami. Już mieliśmy wracać na Pasterkę, kiedy Kasia zaproponowała ognisko i nocleg u siebie. Nie potrafiliśmy odmówić. Znów wesołą ekipą pognaliśmy w stronę Jordanowa. Szybkie ognisko, szybkie spanie i szybka pobudka… Rano Kasia z Jurkiem również mieli w planach wyjazd na północ.

W Piątek…

…ruszyliśmy o 7:00, przed nami 100 km do Pasterki, pakowanie i dopiero powrót do Szczecina. Ostatnie wspólne śniadanko standardowo na trawniku za Biedronką, w Kudowie-Zdrój, tankowanie i w drogę. Na początku było po czesku, z winklami, górzysto i widokowo. Jednak ostatni etap, gdy już wskoczyliśmy na trójkę, znów był rzeźbą i nas wykończył.

Przypominają mi się czasy gry na garach w zespole… Na perkusji grać głośno i szybko, to każdy potrafi sztuką trzymać tempo, zagrać cicho i oczywiście przez całą piosenkę. Mniej więcej tak zobrazować można nasze „ostatnie” 350 km. W tempie do 90 km/h. „Wrzucać 3 czy nie ma sensu? Piłować, katować, czy znów na 5 i spać? Nawet cholerne Virago udawało mi się rozhulać do 130 km/h…. Nie! Rządzi XR. Tyle wytrzymałam, dam radę do końca! Prędzej zjadę do rowu odpocząć, czy pospać niż zostawię chłopaków…” Zjechałam, to był nasz ostatni przystanek z motokiełbą. Dopiliśmy resztę oranżady, zjedliśmy zapasy, chwila odpoczynku, regeneracja sił i dalej w drogę… Jacek wymiękł wyprzedził nas i pognał do przodu.. My z Kazikiem dalej ogromnie wyczerpani, ale dumnie kulaliśmy się dziewięćdziesiątką w korku między autami. Choć, nieskromnie mówiąc mogłam go zostawić w tyle, jakoś nie chciałam. Od początku lecieliśmy razem, musieliśmy poradzić sobie i w tym momencie. Jacek był usprawiedliwiony, nie jechał z nami podczas pierwszych kilometrów.

Zatrzymaliśmy się Świebodzinie na rondzie, na ostatnie tankowanie XR. Trochę śmiechu, trochę przez łzy i ta myśli… „jeszcze tylko 170 km”. Minęliśmy Skwierzynę, po drodze szukając Jacka. Znaleźliśmy go, tankował. Znów chwila przerwy. Pomyślałam, żeby zdzwonić do Jurka, może akurat będą w pobliżu. Szybki telefon i, jak się okazało właśnie wyjeżdżają ze Skwierzyny. Znów kupa śmiechu. Mimo, że widzieliśmy się dziś rano, miło było znów zobaczyć się, gdzieś tam w trasie. Kolejne pożegnanie i już we we trójkę postanowiliśmy dokulać się do Szczecina. Bez słów wiedzieliśmy, że jak tylko wbijemy na S3 będziemy holować XR. Chyba nie powinnam mówić tego głośno, ale cóż weszło nam w krew 🙂 Tym razem pożyczyliśmy konie od Fazra. Zamieniliśmy się z Jackiem na motongi i wreszcie ostanie 100 km do domu kulaliśmy się odpowiednim tempem.

Cali, w komplecie, zmęczeni, ale mega szczęśliwi dojechaliśmy do Szczecina. Z Jackiem rozstaliśmy się pod jego chatą. Odzyskałam swoje moto i w asyście Kazika, na oparach dotoczyliśmy się z Fazrem do stacji…

Przygoda dobiegła końca

Po każdej podróży przychodzi czas na refleksje. Tak, podróże kształcą. Popijam kolejny łyk kawy i znów uśmiecham się do zdjęć w stronę monitora. Choć doskonale zdaję sobie sprawę, że to nie pierwsza moja dalsza podróż. To także nie pierwsza, nie ostatnia wyprawa w Góry Stołowe. A mimo wszystko czuję, jakby właśnie ta była pierwszą w życiu. W każdej podróży jest coś nowego. W tej byli kompani. To niesamowite, kiedy poznajesz ludzi i od razu rozumiecie się bez zbędnych ceregieli. Wsiadacie, każdy na swoje moto i jeździcie. Tak po prostu przed siebie, bez planu i GPS, z niekoniecznie aktualną mapą. 5 dni 25 godzin na dobę spędzone razem okazuje się być za mało. Mimo, że w głównej mierze spędzaliśmy czas we 3, nie było kłótni i tracenia czasu na fochy. Tydzień roboczy, który w pracy nie jednokrotnie dłuży w nieskończoność, minął jak jeden dzień. Udowodnijcie mi, że czasoprzestrzeń nie jest zakrzywiona.

Fakt, w końcu zawsze szukamy bratnich dusz, przy których możemy być sobą i chce spędzać się czas. Podczas podróży, daleko od swoich kątów, jeszcze bardziej wychodzi na jaw jacy jesteśmy. Jak radzimy sobie w różnych sytuacjach, jak umiemy żyć w grupie. Więzi zaciskają się i chcemy więcej. Albo wręcz przeciwnie, już po pierwszych chwilach spędzonych razem widzimy, że wspólny wyjazd był wielką pomyłką. My, nie byliśmy aż tak daleko, by nie móc zawinąć rogala. Każdy miał swoje moto, bagaż i kasę. Choć razem, byliśmy niezależni. Nawet w takich okolicznościach nie przeszło przez myśl, by odwrócić się i odjechać z piskiem opon. Nie raz klęliśmy na narzucone tempo, czasem zabrakło gotówki, czy należało na kogoś zaczekać dłużej niż chwilkę. Wszystkie wydarzenia stworzyły spójną całość. Jak mamy spać za kierą to wszyscy. Jak głodować to też wspólnie. Jedziemy i wracamy razem! Milion samotnych bliższy lub dalszych podróży nie zastąpi jednej spędzonej w bratnim towarzystwie. Sprawdziliśmy się w tej wyprawie. To dopiero początek naszych wspólnych przygód.