o tych bliższych i daszych podróżach

motocyklem przez życie – karolina frytarda dudzik

7 znaczy szczęśliwy

DSCN2023

7 to moja szczęśliwa liczba, myślę, że nie tylko moja. Chyba z zasady 7 jest uważana za szczęśliwą liczbę. I tej wersji będę się trzymać.

A mówię o 7 dlatego, że to jakieś 7 lat temu mniej więcej o tej samej porze (końcówką kwietnia) zaczynałam swoją przygodę z motocyklami. Bo to właśnie wtedy odebrałam ten zwariowany telefon z pytaniem „Frytka? Idziesz ze mną robić prawo jazdy na motocykl?” Poszłam. A teraz w głowie narodził się pomysł na wykonanie takiego bilansu tych 7 szczęśliwie przejechanych lat.

Początki nie były oczywiste

Tak prawdę mówiąc, to nie do końca jest ich 7. Jeszcze 2 lata zajęło mi kompletne zorganizowanie się. Choć kurs i egzamin był już zdany, mój pierwszy motocykl wprowadził się do garażu w okolicach kwietnia 2009 roku. W tamtym też czasie spędziłam najbardziej wyczerpujące 2 tygodnie na mej Virago 535. Motocykl wydawał mi się ogromnym, ciężkim sprzętem. A każdy wyjazd z garażu (pod stromą piaskową górkę) tylko mnie utwierdzał w przekonaniu, że „minęłam się z powołaniem”. I kiedy już wszystko było prawie że przesądzone, przyjechał kolega (też Fryta) na swojej Shadowce i zabrał mnie na wycieczkę. On totalnie wyluzowany ubrany w dżinsy, z orzeszkiem na głowie , w półleżącej pozycji, bo opierając się o wysunięte podnóżki, dumnie jechał przed siebie. Za nim ja… na początku totalnie przerażona i spięta niepewnie nabijałam kolejne kilometry. I stał się przełom. Z każdą sekundą jechało mi się coraz lepiej, przyjemniej a przede wszystkim pewniej! I wreszcie poczułam na własnej skórze to, o czym do tej pory tylko czytałam, a czasem posłuchałam od innych zarażonych pasją do dwóch kółek. I wtedy też poczułam, że TO JEST TO. I przestałam się bać wyjeżdżać samej.

Lepiej być nie mogło!

3 lata naprawdę mieszkałam na motocyklu, bo z bagażem najpotrzebniejszych rzeczy nabijałam ogromne ilości kilometrów. Jeździłam wzdłuż i w szczerz po Polsce i Europie. Czasem po prostej, częściej slalomem  – byle dłużej, byle jak najciekawszą trasą powracałam w stare znane miejsca, by na nowo odkryć je z perspektywy dwóch kółek. Ale też błądziłam w zupełnie inne, dotąd mi nieznane zakątki. Często jeździłam po nocach. Wtedy podróżowało mi się najprzyjemniej, poza tym liczyła się każda godzina. W tamtym czasie poznałam mnóstwo ludzi i nauczyłam się wiele. Począwszy od techniki jazdy po samodzielne grzebanie przy motocyklu i improwizację w kryzysowej sytuacji.

Jedno łączyło wszystkie moje wyjazdy. Zawsze były to spontaniczne wypady z totalnie niezaplanowaną trasą i bez GPS. Często też samotne, bo w końcu co innego, jak nie motocykl daje wolność? Do tej pory zresztą nie rozumiem do końca idei klubów motocyklowych czy, jakiś wielkich zorganizowanych wyjazdów w grupie 38 motocykli, gdzie każdy jest niewolnikiem „prawie” idealnego planu. W moich spontanicznych podróżach czułam się najlepiej.

W 2011 przekonałam się, że nie jestem celebrytką. A motocykliści są różni. Stwierdzenie, że jeśli wspólna pasja, to na pewno się polubimy,  jest tak samo nietrafne jak mówienie, że wszystkie kobiety chodzące w zielonych szpilkach są przyjaciółkami tylko dlatego, że chodzą w zielonych szpilkach. Z uśmiechem sięgam pamięcią w niekoniecznie udaną podróż prawie dookoła Europy, z wielkim falstartem sprzed Pałacu Kultury. Prawie dookoła Europy, bo jak się podczas podróży okazało nie sama wyprawa była celem, a ślub w Nicei, siostry koleżanki, której towarzyszyłam. A Falstart, ponieważ w dniu wyjazdu okazało się, że ów koleżanka, była niespakowana i nieprzygotowana do tak „wielkiego” wyjazdu, a ponoć organizowała go 2 lata. I w efekcie wielki peleton „krewnych i znajomych królika” spod Pałacu Kultury eskortował nas nie na trasę podróży, a z powrotem do domu, po to by wyruszyć w bardziej dogodnym terminie. Ale za to zdjęcia mamy ładne. Różnych innych faux pas w owej podróży było znacznie więcej, zarówno z Weroniki jaki i mojej strony. Ale miejmy się dobrze, wszak „wszyscy się zmieścimy”.

Kryzys

W roku 2012, kiedy mieszkałam w Bieszczadach. Któregoś dnia, siedząc na werandzie i wpatrując się w Łopiennik stwierdziłam, że właściwie to ja już nie potrafię czerpać przyjemności z jazdy na motocyklu, jak dawniej. Kolega, z którym pracowałam, zaproponował, żebyśmy pojechali razem do Rumunii na urlop. No i tak powstał pomysł na projekt „Frytarda and Ossoman Karpaty Expedition on MOTO i CYCLE”. I to był naprawdę udany wyjazd. Mniejszy, w dobrym towarzystwie, bez wielkiej oprawy, za to z bogatym wnętrzem. Po wyjeździe była już tylko zimna jesień, powrót na północ i długa zima. Poczułam, że odzyskałam wiarę w sens jazdy na motocyklu, ba nawet nie mogłam doczekać się sezonu. Jednak codzienność nie pozwoliła mi na realizowanie motocyklowej pasji w stu procentach. Nie udało się też zrealizować pomysłu na wyjazd do Czarnogóry. A to mi dało do myślenia, że być może mój czas zdobywania świata na motocyklu się… skończył.

Ale jednak…

…z Fazrem dobrnęliśmy razem do 2014 roku, a tak dla odmiany końcówką kwietnia, wydarzyło się „coś”, co przywróciło nasz motocyklowy świat z powrotem do pionu!

W sobotę 19-go kwietnia pogoda dopisywała. Słońce świeciło, było ponad 15 stopni. Wiedziałam, że samochód wymaga interwencji mechanika. Spojrzałam jeszcze raz w niebo, sprawdziłam szybko pogodę. – A nawet jeśli mnie złapie deszcz, to założę sobie kurtę przeciwdeszczową, przecież nie raz w deszczu jechałam długie kilometry, wiem jak to jest – myślałam w duchu. Poza tym do przejechania miałam tylko 130 kilometrów dobrze znaną drogą, a i też paliwa mniej spalę, niż autem. Nie z jakiejś wielkiej idei, tylko z przyczyn czysto technicznych decyzja padła na motocykl. Obładowana świątecznymi smakołykami ruszyłam…

I to było najpiękniejsze 130 kilometrów, jakie przejechałam od wrześniowej podróży po Karpatach w 2012 roku. Uśmiechałam się do samej siebie , że odnalazłam to, co jakiś czas temu straciłam. Pod kaskiem znów zabrzmiały wędrowne piosenki, które niegdyś śpiewałam, gdy dopadało mnie w trasie zmęczenie. Lewa ręka sama unosiła się w górę, gdy z na przeciwka nadjeżdżał inny motocyklista. Centralka nie raz przytarła o asfalt, bo za mało zlazłam z motocykla na zakręcie.  Wrażenie robił tunel tworzący się z przydrożnych drzew. Przyjemnie jechało się wąskimi bocznymi uliczkami wśród pól. A i deszcz wcale nie padał, pomimo czasem pochmurnego nieba.  Wreszcie, gdy dojechałam na miejsce, przeszczęśliwa zeszłam z Fazra, jak dawniej, poklepałam go za lusterkiem i podziękowałam za wspólną, bezpiecznie pokonaną trasę…

Już wiem, że w tym roku będę odnajdywać pozostałe, zabite przez codzienność, te mniejsze i większe przyjemności i radości z jazdy! I coś czuję, że ten wyjazd do Czarnogóry wypali, ale o nim opowiem nie teraz, a dopiero jak wrócę…

Szerokości!