o tych bliższych i daszych podróżach

motocyklem przez życie – karolina frytarda dudzik

Witaj Wiosno!

109

W tym roku, z zimowego półsnu, postanowiłam obudzić Fazra wcześniej. Zima… cóż, była tak łagodna, że nie bardzo też usnął. Począwszy od stycznia, nie był to pierwszy wypad, jednak pierwszy prawdziwie wiosenny. Temperatura sięgała ponad 15 stopni. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Środek tygodnia, a właściwie wtorek tygodnia. Sprawy na mieście pozałatwiane, bak pełen świeżego paliwa, mapa przed nosem i uśmiech na twarzy. To był mój dzień i wiedziałam, że cokolwiek się nie wydarzy, wypad będzie udany. W takim nastroju ruszyłam… przed siebie!

Cudze chwalicie, swego nie znacie!

Często wydaje mi się, że wszędzie jest piękniej, niż tam, gdzie aktualnie jestem. Mieszkając przez rok w Bieszczadach tęskniłam za morzem. Teraz, siedząc nad morzem, rozglądam się za górskimi winklami. Postanowiłam w końcu rozwiązać tą zagadkę i znaleźć rozsądny kompromis. Trasa szybko się wyklarowała! Mostowo, Drzewiany, Żydowo, Krąg, Sławno i Darłowo. Wcześniej jeszcze mały przystanek w Rosnowie. Skoro miejsce z tyłu wolne, dlaczego nie miałabym zabrać ze sobą Plecaczka?

W stronę gór!

Lubię jeździć do Drzewian. Wąska ścieżka między jeziorami prowadzi na pas startowy. Dalej już tylko Górawino. Mała wieś z wyjątkowym widokiem na tamę w Żydowie. Asfalt może nie najlepszy, ale nie ma co się rozpędzać. Na drodze zawsze witają nas sarenki. Z Drzewian w lewo do Żydowa. Winklami wturlam się na tamę, którą jeszcze przed chwilą podziwiałam z daleka.

Polanów i rondo. Koszalin, czy Sławno? Było jasne, że Sławno, bo lokalna 205 jest jedną z ciekawszych tras w okolicy. Gdzieś w oddali wyłaniała się Góra Polanowska. Bardziej niż na zwiedzaniu, zależało mi na jeździe, także, tym razem, Zamek Krąg podziwiałam z kanapy. Do Sławna wpadliśmy od południowej strony. Nie miałam możliwości spojrzeć na zegarek, lub też nie chciałam jej mieć. Bezchmurne niebo i świecące słońce, nadal krzyczały – Hej, jeszcze nie skręcaj na Koszalin! To nie koniec wycieczki!

W stronę morza!

Przecięliśmy Sławno i przez Stary Jarosław skierowałam się do Darłowa. Wiele się zmieniło. Piękny dywan, jak się okazało, remontowany 3 lata temu. Słońce zbliżające się ku zachodowi, płaskość (też ma swój urok), wielka przestrzeń i zerowy ruch. To był idealny moment, by jechać tą trasą. Obawiam się, że w sezonie miliony turystów nadciągających nad polskie morze, mogą zepsuć klimat miejsca.

Nie zwiedzaliśmy ani Portu w Darłowie ani też Zamku Książąt Pomorskich, czy innych atrakcji z turystycznych przewodników. Wisienką na torcie, okazał się, końcowy przystanek na kawę, na darłowskiej „Patelni”. (Miejsce, gdzie, co roku, w okolicach czerwca odbywa się Zjazd Pojazdów Militarnych). Panorama na Darłowo, Morze Bałtyckie oraz okoliczne niziny z zasianymi wiatrakami. Kawiarnie? Nie, nie dla mnie. Kawa najlepiej smakuje przyrządzona w plenerze. We włoskiej kawiarce, zagrzana na kuchence turystycznej.

Pomimo tego, że za dnia pogoda potrafi być iście wiosenna, po zachodzie słońca czuć jeszcze mroźną, zimową aurę. Podładowani pozytywną energią postanowiliśmy wrócić przed zmierzchem. Błogi stan przerwał nieunikniony powrót do rzeczywistości. Uradowana pomknęłam w stronę Fazra. Mój uśmiech szybko zmienił się w zakłopotanie…

A hoj, Przygodo!

Zdaje się, że będziemy musieli popchać motocykl… – rzuciłam do Plecaczka, spodziewając się raczej negatywnej reakcji…
Okazało się, że motocykl, choć bez kluczyka w stacyjce, zostawiłam na zapłonie i z włączonymi światłami. Godzina wystarczyła by akumulator odmówił posłuszeństwa. Początkowo próbowaliśmy odpalić moto na pych. Po tych wertepach, nie było szans na powodzenie. Nastąpiła zmiana frontu. Górka, błoto, kałuża, piach, a nawet gleba. Wreszcie wspólnymi siłami udało się dopchać Fazra do asfaltu. Plecaczek miał niezły chrzest, jak na swój pierwszy wypad motocyklowy, i o dziwo, nie narzekał. Byliśmy prawie uratowani. Pozostało jedynie znaleźć jakąś pomocną dłoń, a właściwie pomocny akumulator, najlepiej z kablami.

Z górki nadjechał motocykl. Pojawił się zupełnie znikąd i w najbardziej odpowiednim momencie. Był to jakiś wylizany litr Yamahy. Aż wstyd się przyznać, ale po tych kosmicznych kształtach nawet nie wyłapałam, co to za model. Kierowca odziany w wypucowany skórzany kombinezon i wypastowane SIDIki. My, delikatnie utaplani w błocie, z muchami na kasku. Wyglądaliśmy na podróżników, z bliżej nieokreślonej przeprawy przez las, a nie popołudniowej, asfaltowej wycieczki wokół komina. Owiewka zamontowana na trytki (kolejny rok!), tankbag z mapą i wielki bagaż Plecaczka potęgował wrażenie powrotu z dalekiej podróży…

Zaczęłam tłumaczyć, w jaki sposób straciłam prąd w akumulatorze oraz, jakie kroki zostały poczynione. Nie było ani czasu, ani miejsca na analizę, czy warto prosić o pomoc. Nawet jeśli, ten motocyklista, w moich oczach wyglądał tylko na mistrza długiej prostej, miał sprawny sprzęt, a Fazerkowi brakowało prądu. Zresztą my też, nie byliśmy tymi wojażerami, na których, na pierwszy rzut oka, mogliśmy wyglądać.

Ostatecznie wspólnymi siłami wtargaliśmy Fazra na szczyt i jeszcze raz próbowaliśmy odpalić na pych. Po asfalcie i z konkretnej górki udało się przywrócić w nim życie! Później pozostało tylko pilnować, by nie zgasł. Podziękowałam nowo poznanemu motocykliście. Imienia niestety nie pamiętam, chyba nawet w ferworze walki nie zapytałam, być może kiedyś przywitamy się w trasie, machając sobie lewą ręką.

Już z uśmiechem, rozjechaliśmy się. Każdy w swoją stronę. Przed nami zostało jeszcze 40 km, jednak po zmroku. Początkowo starałam się jechać szybciej, by jak najdalej dotrzeć za widna. Ściemniać, zaczęło się jakieś 20 kilometrów przed Koszalinem. Ostatni odcinek przysporzył trochę adrenaliny, bo zakręty na gdańskiej, choć dobrze znane, po zmroku i między tirami wyglądają zupełnie inaczej niż ciepłego letniego popołudnia…

Mój przepis na udany wypad?

Wystarczy 150 km wokół komina, piękna pogoda, dobre towarzystwo, kawa w plenerze i odrobina nieplanowanych przygód.