o tych bliższych i dalszych podróżach

motocyklem przez życie – karolina frytarda dudzik

Z Irkiem po Europie cz. II

072

No i pojechali… Trasą napoleońską i jeszcze kawałek dalej. Tak po prostu wstaliśmy zapakowaliśmy rzeczy na moto i ruszyliśmy przed siebie. Na dobrą sprawę trochę znanymi drogami. Znów przez Monte Carlo i Niceę. Padła decyzja, że jedziemy razem i tego planu się trzymaliśmy. Nie było czasu na zbędne ceregiele i zastanawianie się, ale czy aby na pewno przypadkiem mogę jemu zaufać? A czy nie jest to jakiś psychopata, który mnie zaciągnie za róg i wykorzysta? Po prostu rzeczy zaczęły na bieżąco dziać się same i nie było w tym nic złego, a wręcz przeciwnie.

Irek miał GPS i prowadził. I nie wiem dlaczego, ale jakoś jego GPS ani nas nie wyprowadzał w maliny, ani co ważniejsze, mnie nie wyprowadzał z równowagi. Choć po dziś dzień owego ustrojstwa nie lubię, bo uważam, że odbiera wiele przyjemności z jazdy w nieznane. Oprócz GPS, mieliśmy też szczegółową mapę. A była tym bardziej klimatyczna, bo… wydrukowana z google maps. Ogólny zarys odcinka był, przynajmniej tego początkowego. Pierwszy cel? Oczywiście obiecana i wyczekana kąpiel w Morzu Śródziemnym, zdjęcie z palmą i… Castellane.

Na wysokości Cannes odbiliśmy na północ. Serpentynami wjechaliśmy ponad miasto i… wreszcie zrobiliśmy razem „wow”. Z tej perspektywy, bezpiecznej odległości lazurowe wybrzeże wyglądało zdecydowanie lepiej. Kurcze. Tu jest naprawdę ładnie i tak sobie myślę, jak to się stało, że tego zachodniego piękna wcześniej nie dostrzegałam?!

Castellane to całkiem interesująca miejscowość u podnóża skał. Nazwa tejże miejscowości też nie jest przypadkowa, bo na szczycie jednej z owych skał wzniesiono kapliczkę. Widok nieziemski trochę tajemniczy i mistyczny. Znalezienie pola namiotowego okazało się prostsze, niż mogło nam się wydawać, bo trafiliśmy na nie dokładnie w centrum owej wioski. Szukając miejsca na rozbicie namiotu, wpadliśmy na innych podróżników GS-em. Małżeństwo z Niemiec. Biegle mówili po angielsku, więc wiadome było, że wieczór spędzimy z nimi. A tematów do rozmów nie zabrakło… Po wieczornej integracji przy motocyklach przyszedł czas na regenerację sił i słodki sen.

Noc była nieziemsko zimna. W sumie hmmm.. mogłam się tego spodziewać szczególnie, że byliśmy ponad 1000 m n. p. m. A błędem, jaki popełniłam, była prosta fizjologiczna sprawa. Może i śmieszne, ale.. Z wielkiego lenistwa nie skorzystałam z toalety przed pójściem spać. Oczywiście w środku nocy musiałam się przebudzić, a jak się domyślacie toalety, jak na złość, były dokładnie na drugim końcu pola. Co za pech. 🙂

Wszechobecne zimno było jak najbardziej wytłumaczone, bo oprócz wysokości na jakiej się znajdowaliśmy, była już druga połowa września a my odbijaliśmy ze słonecznego południa na północ i to jeszcze górami. Już wiedziałam, że kolejne dni spać będę… w niezawodnych jak dotąd motociuchach. Rano szybkie śniadanko, słynna kawka z czajniczka – naszego towarzysza podróży i ruszyliśmy dalej szlakiem Napoleona.

Alpy są zupełnie inne niż góry, które zwiedziłam wcześniej. Właściwie to miałam do siebie trochę żalu, że trasy nie zaczęłam od zachodu na wschód. Nauczka na przyszłość, choć z drugiej strony nie wiedziałam, że urzeknie mnie Europa południowo-wschodnia bardziej niż zachód. Alpy okazały się takie… hmmm przeciętne? Może też dlatego, że byłam już przyzwyczajona do podobnego widoku gór. Niestety nic a nic nie było w stanie przebić widoków, które ujrzałam w Bułgarii, Macedonii, Albanii czy Czarnogórze. A przecież Alpy też mają swój wyjątkowy urok. Wreszcie było widać, jak pogoda ma wpływ na otaczający krajobraz. W Bułgarii, Macedonii czy Albanii było po prostu upalnie, bezchmurnie. W Alpach od razu można było odczuć, że za górą czai się inna pogoda 🙂

Jechaliśmy powoli, tzn. powoli jak na GS-a. Właściwie to cieszyłam, się że Irek dotrzymywał tempa, nawet nie narzekał. A jak wyrwał do przodu, to i tak miałam dziwną pewność, że mnie nie zostawi gdzieś na skrzyżowaniu. Zresztą drugiego dnia wspólnej jazdy ustaliliśmy, że prowadzić będę ja, z racji na trzymanie tempa a Irek będzie wcześniej sygnalizował kierunek trasy. I przyznać muszę, że jechało się wzorowo. I to nawet tym malutkim Von z Tonem 🙂 Fakt, że prędkość w dalszym ciągu nie była zawrotna. O ile na prostych trzymaliśmy się 80-90 km/h, to jednak podjazdy pod górę spowalniały mnie często i do 40 km/h. To właśnie wtedy, Irek z szyderczym uśmiechem i wypisanym na kasku „teraz jadę poszaleć a ty się katuj” wyrywał do przodu, ale za górą spokojnie czekał, aż się do niego dotoczę.

Jechaliśmy, jechaliśmy i pokonaliśmy trasę napoleońską poprzez Sisterson, Gap, Crops, La Mure do Grenoble. Krajowa, dość słynna droga RN-85 jest malownicza i urocza, że nie dało się jej ot tak przejechać bez przystanku. Co chwila przerwa, nasycenie widokami, kilka zdjęć i znów w drogę. Dłuższy przystanek zrobiliśmy nad i to dosłownie nad jeziorem Lac de Sainte-Croix. Tutaj zadzwoniłam też do domu, by podzielić się wieściami jak sympatycznie włóczy się tymi francuskimi drogami i to w dość doborowym towarzystwie.

Dalej już głównymi drogami uderzaliśmy w kierunku północy. Przyznam, że nazw wszystkich miejscowości i dokładnej trasy nie pamiętam, mogę jedynie plunąć sobie w twarz, że nie spisałam tego wcześniej. Ale są wydarzenia, których nie zapomnę..

Tego dnia pokonaliśmy około 300 km i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że przeprawa należała do powolnych i krajoznawczych. Zresztą jakoś nie było nam spieszno, przynajmniej za dnia. Niestety mieliśmy problem ze znalezieniem campingu. Dopadł nas zmierzch. A po wczorajszym wpadnięciu na pole namiotowe, nie przewidzieliśmy, że sytuacja może się odwrócić i to jak na złość dokładnie o 180 stopni. Błądziliśmy i szukaliśmy miejsca do spania, momentami nawet traciliśmy nadzieję, że cokolwiek znajdziemy. Było na tyle kiepsko, że zbliżała się północ a my cały czas włóczyliśmy się między miejscowościami. Nie było nawet mowy, by rozbić się gdziekolwiek na dziko, bo w granicach horyzontu wszędzie otaczały nas światła miast. A na domiar złego zapaliła się rezerwa w Van Vanie…

Zbawieniem i ratunkiem okazał się dla nas camping Le-Champ-Pres-Frogres. Rezerwa, zmęczenie oraz mrok sprawiały, że na dziś mieliśmy dość. Wpadliśmy do ośrodka, ale… okazał się zamknięty. Właściwie dziwne to było, bo za płotem stało mnóstwo camperów. Wreszcie jeden z gości otworzył nam bramę. Jak się okazało właściciele są, ale już śpią. Bramy są zamykane po 22 i po tej godzinie goście nie są przyjmowani. Ci, którzy są zameldowani otrzymują klucze w formie karty, by móc swobodnie wchodzić i wychodzić za bramę. Te ograniczenia oraz podejrzany luksus trochę nam śmierdziały drożyzną, ale nie mieliśmy wyjścia… Podjęliśmy decyzję, że zostajemy tu, a rano będziemy tłumaczyć właścicielom ośrodka skąd się tu wzięliśmy i pytać o cenę. Tym razem dość szybko padliśmy do namiotów, choć standardowo nie obeszło się bez wieczornych rozmów.

Obudziliśmy się wcześnie i rządni kolejnych przygód zaczęliśmy szykować się do kolejnej trasy. Irek miał problem z odpaleniem Słonika, zresztą już wcześniej pojawiały się znaki, że mogą być kłopoty. A wieczorem tłumaczyłam, że nie ma sensu, by oświetlał nam pole na rozbicie namiotu. Nie słuchał – ah, faceci. Na domiar złego rano okazało się, że nie odłączył iPoda od prądu. A to pech. W tym momencie przypomniałam też sobie, kiedy dzień wcześniej pod sklepem zauważył znaczne braki oleju w silniku. Swoją drogą… wielkie „wow” i wielki szacun, bo okazało się, Słonik potrafi jechać po prostu… bez oleju 🙂

Natomiast przyznam też bez bicia, że po ciuchu trochę śmiałam się z jego perypetii, bo jak nie olej, to akumulator… cały czas z tym moto coś się działo. A śmiałam się tym bardziej, bo zazwyczaj to mi zdarzały się jakieś dziwne akcje. A to powrót na łysej oponie, a to bez klamki hamulca, a to znów gdzieś śruby pogubiłam. Tym razem, o dziwo, to ja byłam tą ogarniętą, a Irkowi cały czas „coś” 🙂

Ale i z problemem braku prądu nie zostaliśmy sami. Nasi sąsiedzi, którzy w nocy otworzyli nam wrota i tym razem pomogli. Kolega z namiotu obok bez żadnego zastanowienia podjechał autem i chłopaki kablami uraczyli Słonika dawką prądu. Ja, w tym czasie, poszłam płacić za nocleg a tu znów miłe zaskoczenie. Koszta nie przekroczyły naszego założonego limitu. Spakowani, wypoczęci i pełni energii ruszyliśmy dalej. Pierwszy przystanek? Stacja benzynowa… i tak już podejrzanie za długo jechałam na rezerwie.

Pojechaliśmy… no właśnie, gdzieś tam przed siebie. I tu znów dokładnie trasy nie pamiętam. Mam cichą nadzieję, że Irek uzupełni moje braki w komentarzach. W końcu on nawigował. Jeździliśmy bocznymi drogami, by poczuć miejscowy, codzienny klimat. Kiedy sięgnę pamięcią wiem tyle, że wpadliśmy w winogronowe zagłębie. Małe, urocze a przede wszystkim zadbane wioski, gładki i czysty asfalt. W międzyczasie znów sklep i zakup miejscowych specjałów na wieczorną wyżerkę. Bagietki, ser pleśniowy, winko – koniecznie różane i śmierdząca szynka 🙂 Dalej przed siebie i korzystanie z życia! Kolejne długie kilometry, nieplanowana wizyta nad jeziorem i w jachtowym porcie – Le Grand Lac. Miejsce z drogi wyglądało kusząco, więc po prostu tam zajechaliśmy. Irek postanowił się jeszcze wykąpać a ja skorzystałam z miejscowej restauracyjki i wypiłam kawę, choć ta też nie była tak dobra, jak prawdziwa z włoskiej kawiarki.

Znów góry, winkle i trafiliśmy do miejscowości, której nazwy z Irkiem za Chiny nie mogliśmy sobie przypomnieć. Prawdopodobnie było to Malbuisson, ale żadne z nas głowy sobie za to uciąć nie da.

A właśnie akurat na tym niepamiętnym campingu przypomniał mi się pierwszy wypad do Francji z 2004 roku. Wtedy jeszcze autem, z Darkiem, Krzyśkiem i Encą atakowaliśmy Normandię i Zamki nad Loarą także kończąc w Monte Carlo. Niesamowite. jak w różnych okolicznościach, potrafią wracać wspomnienia. Zresztą cały dzień był podejrzanie refleksyjny. Rozbiliśmy namioty, wypraliśmy się i urządzając wielką francuską ucztę znów zasiedliśmy do tych długich wieczornych rozmów. To był udany dzień…

Rano, już standardowo (chyba weszło nam w krew) pakowanie, zwijanie namiotu, ostatnie spojrzenie na miejscowe widoki i dalej przez Pontarlier wzdłuż granicy ze Szwajcarią obraliśmy ster na północ. Choć plany były zupełnie inne, to jednak, szybka decyzja i… odwiedziny w Szwajcarii. Nauczona południowo-wschodnim doświadczeniem, trochę obawiałam się podróży bez winiety. Mandaty w Szwajcarii są wyjątkowo drogie, ale z drugiej strony? Już i tak miałam tyle szczęścia w tej podróży, że postanowiłam ten oooostatni raz zaryzykować. Być tak blisko Szwajcarii i nie zajechać? Grzech! Cel – jeziorko w Neuchatel.

Nieziemsko czysta, krystaliczna woda, w oddali Alpy. Piknik na brzegu jeziorka i… mój środkowy palec wymierzony w stronę Irka. Tę sytuacje jeszcze długo będzie wypominać mi przy każdej możliwej okazji. A to był tylko taki mały żarcik do kolejnego pamiątkowego zdjęcia 🙂

Po przerwie znów obraliśmy ster na Francję. Granicę przekraczaliśmy w Biaufond. Jechaliśmy malowniczymi wąskimi, oczywiście bocznymi drogami, czyli dokładnie tak, jak lubię najbardziej. Z dala od szumu dużych, zatłoczonych miast i autostrad. Wjazdu do Francji nie zapomnę długo. Cięliśmy wzdłuż górskiego potoku. Z oddali wyłaniały się pojedyncze chatki. My, przebijaliśmy przez graniczny most. Dołem rzekli płynęli wędkarze i serdecznie się uśmiechali. Jechaliśmy serpentynami, co chwila się zatrzymując, robiąc foty, kręcąc filmy. I te składanie w zakręty. Tak na dobrą sprawę, to Von z Tonem całkiem fajnie trenowało się winkle. Motocykl sam w sobie lekki, ale załadowany tył, pozwalał swobodnie i pewnie pochylać się coraz niżej i niżej asfaltu.

Wieczorną porą znów zaczęliśmy poszukiwać noclegu a tu kolejna niespodzianka. Woda, która na naszej googlowej mapie wyglądała na wielkie jezioro, okazała się… sztucznym zbiornikiem z zaporą wodną. A przy okazji, zupełnie nieplanowanie, znaleźliśmy się w historycznym miejscu… na linii Maginota.

Okazało się, że po francuskiej stronie nie ma szans na camping, więc na ostatni nocleg trafiliśmy do Niemiec. Wylądowaliśmy w Riegel. Ojjj, od wejścia było czuć niemiecki porządek. Przyznam, że trochę obawiałam się tego ładu. Może przez to, że mieszkając w Szczecinie, czy Koszalinie, Niemcy miałam na wyciągnięcie ręki? Zresztą odwiedziny u naszych zachodnich sąsiadów nigdy nie były dla mnie jakąś wielką atrakcją. Chociaż z drugiej strony, w południowe rejony zabłądziłam po raz pierwszy. Może jeszcze zmienię zdanie? Właściwie, to po głębszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że bardziej niż Niemcy dobijał mnie fakt, że powoli zbliżam się do Polski a jednocześnie końca wyprawy. Jutro drogi rozjadą nam się na przysłowiowe amen.

Przed nami zielona noc. Ostatni wieczór przy czajniku – naszym słynnym towarzyszu wyprawy. Kolacja z zapasów i wspominanie tego, co się do tej pory wydarzyło. Zerknęliśmy na GPS, zapisałam trasę powrotną do Polski. Znów miałam dylemat, czy jechać byle po prostej i byle jak najszybciej na północ, czy może jeszcze pobłądzić. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Choć wiedziałam, że wyprawa dobiega końca, cały czas czułam niedosyt. Może dlatego, że najgorzej rozstawać się, w najfajniejszych momentach? Po bitwie z myślami postanowiłam nie rezygnować z dalszego wyjazdu! Trasę obrałam lekko bocznymi drogami i lekko na okrętkę. Zapisałam pierwsze miejscowości, na które miałam się kierować i pożegnaliśmy dzień.

Rano, jeszcze razem, ruszyliśmy do pierwszego ronda. Już mnie nie dziwiło, że człowiek na środku wysepki sprzedający owoce i domowe przetwory, okazał się Polakiem. Za to, jak wdaliśmy się w dyskusje, przekonał nas, że wybraliśmy dobry dzień na wyjazd. Południowe Niemcy czekały na przyjazd papieża, a w gazetach zostało zaznaczone, że na dniach drogi będą pozamykane. To byśmy się zdziwili, gdybyśmy zabalowali dzień dłużej… 🙂 Nadszedł moment rozstania. Zrobiło się smutno, nawet bardzo. Kolejny etap podróży zakończył się…

Z Irkiem spędziliśmy pięć intensywnie motocyklowych dni. W miarę zbliżania się ku północy nie chciało się rozstawać. Tak właściwie, to on też pozmieniał swoje wyprawowe plany. Moment rozjazdu odwlekaliśmy do granic możliwości. Po prostu dobrze się razem jechało, wieczorem gaworzyło o życiu i śmierci a rano znów ruszało w drogę. A ja? Przekonałam się, że bez problemu mogę zbratać się z zupełnie obcą osobą. Niesamowite jest też to, że kontakt mamy do tej pory a nawet gdzieniegdzie w myślach, pojawiają się pomysły na kolejne wspólne wyjazdy. Zdaję sobie sprawę, że nie będą takie jak ten, ale bez wahania wiem, że jeszcze gdzieś z Irkiem pobłądzę po świecie…

Irek zawinął rogala na Francję a ja poleciałam prosto, a właściwie na wschód. Zostałam sama ze sobą… no i z Von z Tonem a na dodatek bez mapy. Do najbliższej stacji benzynowej miałam kilkadziesiąt kilometrów.

  • No to co Frytarda? Plan na dziś jest taki. Kupujesz mapę tych cholernych Niemiec, tankujesz i… ? Hmm… zdecydowanie mam ochotę na jakiegoś śmiecia i kawę. Czyli tak, pojadę do Maca… 🙂 A potem? Się zobaczy…

CDN…