o tych bliższych i daszych podróżach

motocyklem przez życie – karolina frytarda dudzik

Wspomnienie z podróży po Europie cz. I, czyli jak poznałam Irka

064

Historia o znienawidzonym Lazurowym Wybrzeżu, o tym jak poznałam Irka i o… kulminacyjnym punkcie wyjazdu, który odmienił bieg spraw! Początkowo miała być podróż życia? No w zasadzie… jak do tej pory była.

Bo.. czy ja nie mówiłam Jurkowi tuż przed wyjazdem, że nie pojechałabym z obcym facetem dookoła Europy? W sumie chyba nadszedł ten moment, że powinnam cofnąć te słowa.

Choć w podróży byłam już 2 tygodnie, to ni krzty nie czułam wyjazdu. To nie było to! Chociaż jakby nie patrzeć w towarzystwie innej motocyklistki zjechałam Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię, Macedonię, Albanię, Czarnogórę, Włochy i nawet liznęłam Francję. Tak czy owak, nie ma co rozwodzić się na temat tego, co się wtedy wydarzyło… a właściwie o tym, co się nie wydarzało 🙂 Jakkolwiek nie wyszło znalazłam się na campingu w Latte i na dobrą sprawę dokładnie tu rozpoczął się wyjazd.

Monte Carlo… dziwne miejsce. Bo czym są te piękne widoki? Zachód słońca nad lazurowym wybrzeżem. Nadchodzący zmrok. Jachty, światła miasta… Kiedy otaczają Cię ludzie, do których nigdy się nie wpasujesz? Ludzie, do których nie chcesz się wpasować. Nie twierdząc, że oni są gorsi czy coś tam. Tylko mając pełną świadomość swojego wyboru. Hmmm jakby to ubrać w słowa? Upraszczając wiele spraw i mówiąc półsłówkami, TAK jestem punkiem albo, żeby było bardziej kobieco… jestem Lady Pankiem i niech już tak zostanie 🙂

Wieczór na polu…

Zastanawiałam się nad bezsensownością poprzednich dwóch tygodni. O tym, co się do tej pory wydarzyło oraz o tym, co jeszcze może się wydarzyć, jeśli nie podejmę żadnych kroków. Rozmawiałam z przyjacielem na Skype (jak dobrze, że jest Kazik i skype i Internet…). Czas mijał, ja ładowałam akumulatorki dobrymi słowami. Z Kazikiem szukaliśmy wspólnie jakiegoś sensownego rozwiązania sytuacji. W krytycznym momencie nawet usłyszałam, że ekipa ze Szczecina powoła sztab kryzysowy i jak trzeba, to ruszą po mnie i wspólnie dokończymy wyjazd, skoro samej jest mi ciężko się zebrać! Nie podobała mi się ta opcja, bo… „ja nie dam rady?!” poza tym nie chciałam angażować nikogo, bo przecież każdy z nas ma swoje życie… Rozmowa trwała, gdy na ten cały galimatjas w dość w subtelny sposób wpadł On. Od progu zaczął rzucać mięsem, do tego po Polsku. Kazikowi zdążyłam tylko rzec – zdaje się, że dziś wieczór będę mieć towarzystwo…

Wbrew pozorom nie będzie to historia o wielkiej miłości na campingu w Latte. Nie będzie to też historia o miłości życia. Właściwie w ogóle nie będzie to historia o miłości 😀

Fakty mówiły same za siebie. On miał kuchenkę gazową i chleb, ja miałam kawę i konserwę. Za to obydwoje mieliśmy wisielcze humory. Bez słów było wiadomo, że ten wieczór spędzimy razem.

  • Co to jest w ogóle za motocykl? Tym, co jeździsz.
  • Suzuki Van Van. Zakupiony tylko i wyłącznie na potrzeby tej wyprawy.
  • Dlaczego akurat taki?
  • Nie chce mi się o tym gadać, tak czy owak… Na co dzień jeżdżę Fazrem
  • Ooooo ja też! Który rocznik?
  • 99 ale już z tą nową owiewką, wymieniona!! Pewnie ktoś miał konkretnego dzwona, ale nie narzekam na sprzęt.
  • Ooooo ja też mam 99 – tak… i co jeszcze… – ZK to Koszalin no nie?
  • Tak Koszalin! – może mi zaraz jeszcze powie, że jest z Koszalina….
  • Mieszkasz tam?
  • No w zasadzie to w Szczecinie mieszkam. Tzn… mieszkałam. Teraz to może w Górach Stołowych mieszkam? Skomplikowane to pytanie. Ale upraszczając. Tak pochodzę z Koszalina.
  • No kurcze, studiowałem tam… – no kur@# nie wierzę.
  • I może mi jeszcze powiesz, że do Kreski chodziłeś?
  • No! Kto nie chodził?
  • Kurcze wiesz co… pracowałam tam 5 lat.
  • O jaaaa a Marek? Krzysiek? Docent? Dalej tam pracują?
  • No ba! Szefy moje!!

Jednym słowem kupa śmiechu. Camping, zimne piwko po trasie, fajne towarzystwo i milion tematów do dyskusji.

  • Wiesz co? Hmmm a w zasadzie, to gdzie Ty jutro jedziesz?
  • W zasadzie to hmmm…. – to jest ten moment, w którym mogę z czystym sumieniem powiedzieć – jeszcze nie wiem a Ty?
  • Ja jutro uderzam do Cannes i Trasą Napoleońską w górę. To co? Jedziesz ze mną?
  • Wiesz co… może i bym pojechała? Albo…a rano Ci powiem. – w sumie to był dobry moment, żeby wziąć sprawy w swoje ręce.

Miałam nie lada dylemat. Czy jednak sprzedać duszę diabłu, zacisnąć zęby i pojechać dalej? Czy mówiąc dosłownie… olać te wszystkie szopki, znów być sobą i w wielkim stylu pojechać w nieznane?

Wreszcie zaczęłam być w tym punkcie, w którym sytuacje stwarzają się same. Brak planu jest tak oczywisty, że nawet nie zamierzam szukać jakiś sensownych punktów programu. Z perspektywy czasu wiem jedno. To była najlepsza decyzja, jaką mogłam wtedy podjąć.

Przede mną była jeszcze rozmowa służbowa i oficjalna rezygnacja z projektu. Już wiedziałam, że decyzji nie zmienię. Jak coś postanawiam, to ino raz, często nie pytając nikogo o zdanie. I nie ukrywam, nie zawsze są to trafne decyzje, ale zawsze świadome. Na błędach człowiek się uczy, a najlepiej na swoich 🙂

Czas działać. Wreszcie zaczęłam korzystać z miejscowych uroków. Po pierwsze miejscowa kawa (choć już nie tak smaczna, jak z włoskiej kafeterii). Po drugie kąpiel w Morzu Śródziemnym, po trzecie… zdjęcie z palmą! Czyli zalążek planu był. Towarzysz podróży… sam się znalazł.

  • No to jak kolego? Idziemy się kąpać w Morzu Śródziemnym?
  • W sumie… gdybym był sam pewnie bym się nie kąpał. Ale tak? Czemu nie!

Pojechali…

CDN…