o tych bliższych i dalszych podróżach

motocyklem przez życie – karolina frytarda dudzik

Pocztówka z Albanii i Czarnogóry

059

Po dziś dzień po prostu nie mogę uwierzyć w to, że na Ziemi istnieją takie miejsca jak Albania i Czarnogóra. I nie mam tu na myśli klimatu powojennego, nienawiści czy różnorodności ludzkich charakterów, a… piękno. Krajobrazy, pogodę i dziewicze góry.

Czy to możliwie, żeby w XXI wieku jeździć do Albanii i odkrywać dotąd nieznane nikomu rejony? Czy to możliwie, że istnieją miejsca, gdzie nie stanęła jeszcze ludzka stopa? Okazuje się, że tak! To tylko przyprawia o dreszczyk emocji, chęć odkrywania i zdobywania czegoś nowego bez względu na czyhające niebezpieczeństwa, ale… wrócimy na asfalt.

Do Albanii wpadłyśmy od granicy z Macedonią na wysokości Ohridu. Już przy granicy czuć było zmianę klimatu i krajobrazu i ten strach…. czy nie zapyta nikt o te cholerną „zieloną kartę”. Trasa wiodła przez Elbasan, Tiranę i dalej wzdłuż wybrzeża aż do Czarnogóry, a dokładnie do Baru.

Przy tym co ujrzałam zaraz za barierą graniczną słynna rumuńska trasę Transfogarska oraz , do tej pory moje ukochane bułgarskie koleje pozostały daleko w tyle… Momentami zastanawiam się jak ubrać w słowa właśnie „to”co mnie wtedy otaczało.

Przeprawa przez góry była czymś nieziemskim. Widoki zapierały dech w piersiach, a upał nie pozwalał zapomnieć o słodkim opalaniu. Już przyzwyczaiłam się do braku morza, choć nie ukrywam, nie było dla mnie łatwe. Na szczęście wszechobecne góry, pustka oraz egzotyczny klimat rekompensowały brak wody.

Ciekawie jechało się też przez większe miasta. Bo w Albanii panuje zupełnie inny styl jazdy, niż ten zachodnioeuropejski, do którego jesteśmy tak przyzwyczajeni. Mówiąc bardzo dosłownie – każdy jeździ jak chce, niekoniecznie też zwracając uwagę na zasady pierwszeństwa przejazdu, czy nawet kolory sygnalizacji świetlnej. Oczy dookoła głowy, to mało powiedziane, szczególnie na motocyklu. A i jeszcze jedno… wszyscy trąbią… z różnych powodów. A to, żeby pozdrowić, a to żeby pokrzyczeć…

Psychiczna przeprawa przez Albanię nie należała do najłatwiejszych. W powietrzu czuć jeszcze wojenny klimat. Miasta dość zaniedbane, wszędzie pełno śmieci, opuszczone, zdezelowane budynki, dziurawe, wręcz pourywane drogi i nieufni ludzie. Nawet wizyty na stacjach benzynowych nie należały do najprzyjemniejszych. Pomimo że, na każdej stacji, widniały naklejki różnych kart płatniczych, panowie z obsługi złowrogo rozkładali ręce mówiąc „only cash”. To sprawiło, że ani razu nie udało się zatankować w Albanii. Tutaj naprawdę przydatny okazały się kanisterek z benzyną, jak się okazało, jedyny ratunek.

Nie zapomnę też małego przystanku na posiłek w jednej z miejscowości, której psiakrew nazwy nie mogę sobie przypomnieć. Usiadłyśmy z koleżanką na murku z drugim śniadaniem. I w jednej chwili podbiegło do nas grono dzieci wystawiając rękę i prosząc o pieniądze. Niby nic strasznego, ale…. nie masz żadnej mocy, kiedy atakuje Cię kilkanaście dzieciaków, a Ty nie jesteś pewien ich intencji. Jakby tego było mało, na deser podeszła do nas kobieta. Zapewne była to właścicielka restauracji, z której wyszła. Ubrana w białą koszulę, wyglądała elegancko. Usiadła koło nas i po prostu się patrzyła. Nie wypowiedziała ani słowa. Patrzyła się prosto w oczy, na nas, na motocykle, z jednej strony uśmiechając, ale i obserwując. Bariera językowa nie pozwalała nam się jakkolwiek dogadać. Po kobiecie widać też było, że nie zbyt chciała z nami rozmawiać. Czy chciała okraść? Nie wiem… tak czy owak było to dziwne spotkanie. Po dość nietypowym drugim śniadaniu ruszyłyśmy dalej w stronę granicy…

Na przejściu kolejka była nieziemska. W sumie nie dziwiło mnie, że ludzie raczej wyjeżdżali z Albanii, niż do niej wjeżdżali. Na szczęście udało się przeskoczyć bokiem i ominąć kolejkę. Po raz kolejny moc dwóch dziewczyn na motocyklach wygrała i zostałyśmy potraktowane życzliwie.

Przede mną została jeszcze chwila strachu, czy po raz ostatni nie zapyta nikt o tę cholerną „zieloną kartę”? I na szczęście kolejny raz się upiekło. Wreszcie po drugiej stronie.

Kierunek – Bar

I znów zaskoczenie, po Rumuni, Bułgarii, Macedonii i Albanii, nie sądziłam, że mogą istnieć jeszcze piękniejsze miejsca. Natomiast to, co zobaczyłam w Montenegro, znów przerosło moje oczekiwania. Kurna! Ten kraj jest idealny. Jest kwintesencją wszystkiego co najlepsze! Góry, skały, port i morze. Nie zapomnę wjazdu do Baru. Choć wlekłam się w korku za autobusem, jak do tej pory, był to najpiękniejszy odcinek trasy, jaki kiedykolwiek udało mi się pokonać motocyklem. A trochę tych kilometrów się nawinęło 🙂

Serpentyna prowadziła już z góry. Z lewej strony widać było skały i powoli zachodzące słońce. Skały przypomniały nasze polskie Góry Stołowe. Zapewne musiały to być piaskowce. Serpentynami zjeżdżałam coraz niżej do miasta. Z tego punktu widać było pełną panoramę, a na domiar wszystkiego wyłoniło się Morze Adriatyckie. Raj na ziemi…

W takich miastach jak Bar topografia jest prosta i na dobrą sprawę wszystkie drogi prowadzą… do portu. Ale dla pewności zjechałyśmy do sklepu zapytać o drogę. I tu kolejne zdziwienie. Miejscowi najlepiej rozumieli, jak mówiło się do nich po Polsku. Mało tego ich język bardzo przypomina polski. Widać było słowiańskie korzenie. Szkoda, że nie miałyśmy czasu, by zostać tu dłużej i pozwiedzać chociażby Stare Miasto.

Port

Bilety zakupione, do promu pozostała godzina. Czekając na statek , jeszcze kolacja. MotoKonserwa, chlebek, keczup i piknik w porcie gotowy. I jeszcze nóż, bo przecież czymś smarować konserwę trzeba. Jak tak sobie myślę z perspektywy czasu to… hmm w sumie za tę białą broń w porcie, mogli mnie nawet na policję zaciągnąć. Trochę można by rzec, że w „czepku urodzona”, tudzież wersja dla tych bardziej wrednych – „więcej szczęścia niż rozumu” 🙂

Podpłynął statek. Ostatnie spojrzenie w paszport, uśmiechy kilku motocyklistów, zmierzających w tym samym kierunku i meldowanie w kajucie. Pożegnanie z Montenegro i całą południowo-wschodnią Europą. Następna pobudka już za morzem, na zachodzie… we Włoszech.

To niesamowite, codziennie budzić się i zasypiać w innym kraju. Na dobrą sprawę tak zaczęłam traktować podróż Riding Across. Niestety, zbyt mało czasu spędzałyśmy w każdym z państw. Wielki niedosyt pozostał. Kiedy znów pojawiają się myśli o wyjazdach wiem, że ten częściowy przejazd przez Bałkany był pierwszym etapem czegoś większego. Na pewno jeszcze nie raz zabłądzę w okolice Czarnej Góry…

CDN…