o tych bliższych i dalszych podróżach

motocyklem przez życie – karolina frytarda dudzik

Dziennik Syberjadyjski – dzień piąty do startu, pakowanie!

Syberjada

Postanowiłam, że nie będę pakować się 5 minut przed pociągiem. Może dlatego, że wreszcie! nie jadę wokół swojego komina, a odrobinę dalej. Szkoda, gdybym nie zabrała najważniejszego stuffu. Choć początkowo lista zazwyczaj zaczyna się tak samo… Dokumenty, pieniądze a przede wszystkim głowa, dalsza część jest długa, a bagaż ograniczony… 🙂

Staram się zachować to minimum i po przerzuceniu ochnastu rzeczy, zastanawiam się, ile faktycznie jest nam niezbędne do życia. A potem, myślę, jeszcze to i to.. Aż wracam do punktu, że nie ma to najmniejszego znaczenia! Nieważne ile i czegokolwiek, by nie wziąć i tak „czegoś zabraknie”. Później pozostaje improwizacja wyjazdowa, a właśnie to lubię najbardziej! Najlepiej bez narzekania..

Od garderoby, przez warsztat, idę do kuchni..

Na pierwszy rzut lecą ciuchy. Po dwa komplety „wszystkiego”. Spodnie i kurtki softshellowe,. Motocyklowe spodnie Modeki, jednak zdecydowałam się zabrać. Kurtka puchowa, kurtka z goretexem (dzięki Marcin!!), kilka par ciepłych skarpet oraz stos bielizny termoaktywnej. Czapki! Jedna z windsoperem, wojskowa uszatka… no i ta z pomponem 🙂 Dwie chustki buff i komin. Stuptuty, też z goretexem, oraz śniegowce. Dalej reszta sprzętu, nie będącego ubraniem. Na szczęście, śpiwory, namioty, sakwy, a przede wszystkim rowery, będą na nas czekać, na miejscu. Przede mną, jeszcze, odwiedziny w sklepie „Małgośka” w Koszalinie, po kilka części zamiennych.

Do spania pakuję matę thermarest. Dalej, już nie do spania, podstawowe narzędzia. Kilka imbusów, linkę, klucz wielofunkcyjny, trytki i power tape. Talerze, niezbędnik i garnki, od jednego ze sponsorów – Primus, są już w Warszawie. Pozostaje do wzięcia zapasowa kuchenka benzynowa MSRa (dzięki Zbyszek!!) oraz kilka porcji liofilizowanej żywności, na czarną godzinę. Czeka mnie jeszcze przygotowywanie batoników energetycznych (wersja jednak z kakao 🙂 ), ale o tym później..

Biorę mapę Buriacji, w wersji analogowej. Nauczona doświadczeniem z Ukrainy, nie spodziewam się, że kreski narysowane na mojej mapie, pokryją się z drogami w rzeczywistości. Biorę bardziej po to, by zweryfikować naniesione ślaczki i.. narysować swoje. Apteczka, ogrzewacze chemiczne, gogle, czołówka, ale też kamera GOPRO, dla uwiecznienia chwil, spędzonych nad Bajkałem i w kolei transsyberyjskiej. Wspominałam o powerbankach i bateriach?! Oczywiście, to tylko część z tej… na szczęście kończącej się listy!

Wygrzebuję z kanapy mój nieśmiertelny wór CROSSO. Choć od 2010 roku, przemierzył ze mną, Fazrem a nawet Van Vanem kilka tysięcy szczęśliwych kilometrów, w różnych częściach Europy, jest w całkiem przyzwoitym stanie. Czas znów ruszyć w drogę! Powoli upycham do niego zebrane rzeczy, ale jeszcze nie zamykam..

Byle do niedzieli!

Startujemy z Piotrkiem 11 marca z koszalińskiego dworca PKP pociągiem do Warszawy. Na miejscu spotykamy się z Agnieszką i Pauliną (pozostałe członkinie XII etapu Rowerowego Jamboree) oraz Olą i Natalią, które znamy, nie tylko z okazji wspólnych wypadów rowerowych. (PS: W poprzedniej edycji Piotr był z Olą w Chinach). 12 marca na lotnisku Okęcie, wsiadamy w samolot do Irkucka, z małą przesiadką w Moskwie. 13 marca lądujemy w Irkucku, wsiadamy w pociąg do Severobajkalska, by po prawie dwudniowej podróży pociągiem, przejąć sztafetową pałeczkę od chłopaków z XI etapu i rozpocząć Jamborową przygodę.

Przynajmniej początek wygląda na całkiem zaplanowany, reszta wyjdzie w praniu..