o tych bliższych i dalszych podróżach

motocyklem przez życie – karolina frytarda dudzik

Gdzie ja jestem?! Wiekowice?!

rowerem wokół komina

Wyjazd ten miał miejsce już jakiś czas temu, bo w okolicach końcówki stycznia, ale 2016 roku. Nie publikowany wcześniej, bo do końca nie wiedziałam jak przyczepić rowerowe opowieści pod motocyklowe historię. Ostatecznie czas pokazał, że… musimy to jakoś pogodzić… 🙂

Co dwa kółka to nie cztery. Tym razem Frytka postanowiła wysiąść, z prawie jadącego pociągu, relacji Słupsk – Szczecin, 2 stacje wcześniej, przed Koszalinem. I oto wraz ze swym nieśmiertelnym rowerem 10,5, z kwadratową oponą z przodu, wytoczyła się z pociągu, na stacji Wiekowo. W ciuchach półprofesjonalnych, bo wygodnie miejskich, usiadłam na rower i rozkoszowałam się delikatną mżawką. Konduktor tylko spojrzał z zastanowieniem, przecież bilet był opłacony do Koszalina….

Po przejechaniu ochdziesięciu metrów pojawiła się tablica Wiekowice. W końcu pomyślałam, że jakkolwiek „w linii prostej” przede mną nie więcej niż 20 km. Nawet jak miałabym nieść rower na plecach, jest to akceptowalna odległość. Moja mapka google, którą mam w archaicznym niedotykowym telefonie, nie specjalnie chciała współpracować. Pozostało mi zapytać Pana, stojącego nieopodal, czy tędy dojadę do Sianowa? I serdecznie dziękuje temu Panu, który mnie pokierował.

– Pojedzie Pani tu prosto – powiedział miejscowy wskazując na prawie niewidoczną drogę w las. – Potem przy takim dębie, na pewno Pani zobaczy, odbije w prawo na betonową drogę. I cały czas prosto! Aż do asfaltu! Jeszcze wcześniej taki park mnie pani z prawej. I kiedy już zarejestrowałam najbliższe manewry pan jeszcze dodał – Tylko nie wiem, czy droga będzie przejezdna, ale tędy najkrócej. Postanowiłam sprawdzić, czy rowerowe szkolenia, nie poszły na marne. Przez środek błotnistego lasu, nieopodal wielkiego dębu, po betonowej drodze aż do Karniszewic. Trochę jadąc, częściej prowadząc rower po kałużach i piachach znalazłam się w prawie znajomych rejonach, a przynajmniej na szlaku. I to miało być „z górki” po raz pierwszy! Jednak szlak między polami, okazał się niezmiennie błotnisty. I znów pół jadąc, pół prowadząc rower dotarłam do Sianowa.

Przynajmniej byłam bliżej, licząc na to, że teraz to już na pewno „z górki”. Pomijając ostatnie „pod górkę” z Kłosa do Sanktuarium na Górze Chełmskiej. Nogi dostały w kość, szczególnie, że przerzutki też nie do końca chciały współpracować. Wreszcie z wielkim impetem wtoczyłam się do Koszalina, hura hura, i prawie bez zatrzymania dotarłam do swych Komnat.

Pytacie po co? Może dlatego, że nie mam telewizora i nie wiem, jaki serial teraz się ogląda 🙂 A Ty jak rozpocząłeś środowe południe?