o tych bliższych i daszych podróżach

motocyklem przez życie – karolina frytarda dudzik

Zapomniane historie – Kudowa-Zdrój po latach MOTOWSPIN 2015, CZ. II

mapa

Już rano obudził mnie szum kropel deszczu, obijający się o namiot i zdecydowanie zapowiadało się, że wyjątkowo nieprzyjemny deszcz, tego dnia, nie przestanie towarzyszyć. Nie zniechęcałam się, zdarzało mi się jeździłam w deszczu. Zresztą podczas podróży, czas mija inaczej. Nie zastanawiam się czy jest sens wychodzić „z domu” w taką pogodę… po prostu się wychodzi. A resztę dyktuje droga. – To jak jedziesz ze mną? – Marcin odpuścił, nie jest takim, motocyklowym narwańcem, jak mi zdarza się być. Padało, było mało komfortowo i rzeczywiście żadna to przyjemność dla świeżo upieczonego plecaczka. Ruszyłam sama, w głowie zaczął klarować się obraz trasy, która miała być swego rodzaju rozliczeniem z przeszłością. Pierwszym przystankiem była Jelenia Góra i stacja benzynowa. Tak na wszelki wypadek, bo w bliżej niesprecyzowanych trasach wolę ograniczyć ilość czynników, które mogą spowodować usterkę.

Zatankowane. Spojrzałam na mapę i zobaczyłam idealną trasę. Przede wszystkim lokalnie, by nasycić się widokiem chałupek pośród górskich szczytów. Z powrotem do Janowic Wielkich przez Miedziankę i Ciechanowice, wzdłuż rzeki Bóbr na krajową 5. Nie przeszkadzał deszcz, wąskie drogi ani też asfalt, odcinkami niczym szwajcarski ser. Odrobinę cywilizacją do Kamiennej Góry i znów na lokalne serpentyny w stronę Wałbrzycha. Dalej mijając Park Krajobrazowy Gór Sowich, przez Nową Rudę do Radkowa i Karłowa. Jeszcze raz (nie zliczę, który to) Drogą Stu Zakrętów z widokiem na Błędne Skały i Szczeliniec Wielki (i Mały). Dokonałam mojego rozliczenia z przeszłością. Przystanek w Kudowie-Zdrój u znajomych. Chwila przerwy, gorąca kawa, rozgrzanie, wysuszenie z mokrych ciuchów i odrobina rozmów, o tym co już za nami i ile jeszcze przed nami. Podczas mojego krótkiego postoju i spotkania, słońce wychyliło się zza chmur. Przestało też padać. To był dobry moment, by rozpocząć drogę powrotną…

Nie lubię wracać tą samą drogą, więc korzystając z lepszej aury skierowałam się w stronę Czech. Nachód (i niegdyś klasyczny przystanek w Penny Markecie), obowiązkowo czekolada Studentska. Wiem, że i nad Morzem Bałtyckim można już kupić bez problemu, ale to nie to samo. Nie do końca też interesuje mnie która z wielkich korporacji kupiła prawo do marki. Dla mniej największa frajda jest, gdy tę czekoladę, mogę kupić w Czechach. Podobnie jak niemieckie specjały w Niemczech a nie na niedzielnym targowisku.

Przyjemne dla oka widoki. W oddali Karkonosze, choć tym razem z perspektywy południowych sąsiadów. Odbiłam na Hornov, Police i Teplice nad Metuji, pozwalając sobie na przejazd przez Adrspach, by pozdrowić skały. Otaczało mnie ciepło czeskich, małych miejscowości, silniejsze od powiewu wczesnowiosennego wiatru, przebijającego się przez ciuchy. Podróż powrotna zdecydowanie należała do przyjemniejszych. Dalej już przez Polskę. Mieroszów, w oddali mijając Park Krajobrazowy Sutedów Wałbrzyskich, Kochanów i Krzeszów znów do Kamiennej Góry. Tutaj zakończyła się moja pętla i pozostało dojechać do Janowic Wielkich a mówiąc dokładniej Trzcińska, u podnóża Gór Sokolich.

Jak zazwyczaj, ze strzępkiem mapy w tankbagu. Trochę wolniej, niż podczas krajowych przelotów z punktu A do B, choć bez zatrzymywania i specjalnego zwiedzania. No chyba, że mowa o tym zwiedzaniu z poziomu kanapy, bo to właśnie wtedy świat wygląda najpiękniej. Do Campingu 9Up dobiłam późnym popołudniem, już na kolację. Naładowana pozytywnym przejazdem, bogatsza o kolejne, szczęśliwe 250 kilometrów. Przyszedł czas na odpoczynek, ten dzień, był tylko małą przerwą od kolejnych wspinaczkowych przygód. Może kiedyś przyjedzie moment, że znów wrócę w znajome rejony, z przewodnikiem w ręku? Fazer zaczeka na parkingu przy miastowym, brukowanym rynku, a ja pójdę odrobić lekcję historii. Niewątpliwie Dolny Śląsk jest ciekawym miejscem do poznania też od strony legend i zabytków…

Szerokości!