o tych bliższych i dalszych podróżach

motocyklem przez życie – karolina frytarda dudzik

Jesień w baku

Jesień w baku

Jest wcześnie. Choć, jak na ostatnie pobudki w okolicach 5:00, 10:00 może wydawać się już zaawansowanym przedpołudniem. Nowa opona, aku naładowane, pozostało sprawdzić światła i hamulce oraz zatankować. Fazer, znów stał dłużej, niż powinien i zaczął kaprysić. Dwa popołudnia zajęło doprowadzenie go do względnego ładu.

Jest ponad 10 stopni i słońce przebija się zza chmur. To nic, że to 30 październik. Popieram myśl, że sezon trwa cały rok a są co najwyżej, źle ubrani motocykliści. Mi też zdarza się źle ubrać, nawet często. A gdybym chciała jeździć tylko w trzydziestostopniowym upale i słońcu, przeprowadziłabym się nad Morze Śródziemne. Ale mieszkam tu, w Polsce, nad Morzem Bałtyckim. I mam ten przywilej, że te same miejsca i rejony mogę zjeżdżać w różnych porach roku. Grzejąc się, moknąć, marznąć, ślizgając na śniegu albo… po prostu komfortowo. Mogę też obserwować naturę. Kiedy budzi się do życia, rozkwita, albo zapada w zimowy sen…

Przybieram postać cebuli. Ładuję na siebie kolejno bieliznę termoaktywną, polar, kalesony i kombi. Para skarpetek. I jeszcze wełniane, nie zaszkodzi. Buty. Kominiarka, buff, zaraz też wsadzę 2 pary rękawic, jak tylko motocykl z garażu wytaszczę. Wiem, że to będzie pozytywny wyjazd. Będę jechać zachodnimi okolicami Koszalina. Przez Tychowo, Połczyn-Zdrój i Białogard do Kołobrzegu. To nie jest jakaś wymagająca trasa. To zwykła, popołudniowa wycieczka, dla przyjemności…

Od startu wita mnie objazd

Żółte znaki nakazują jechać 11 i przez Rosnowo. Droga z Koszalina do Tychowa jest w remoncie a Niedalino nieprzejezdne. Zastanawiam się, jak będzie wyglądać nowy odcinek. Ten rejon, to mój ulubiony wylot na południe, gdziekolwiek i czymkolwiek jadę..

Wjeżdżam z miasta, z uczuciem prawdziwego niedzielnego kierowcy. Nie wyprzedzam, nie pcham się środkiem do świateł. W końcu jest pełnia jesieni. Przyczepność nie taka jak latem a asfalt dodatkowo wystrojony mokrymi liśćmi. Wieje całkiem chłodny wiatr. Jest też koniec października i czuć zbliżające się Święto Zmarłych. W okolicy koszalińskiego cmentarza mnóstwo ludzi. Pewna zaduma i nostalgia unosi się w powietrzu. Policja już kieruje ruchem, zamknięte są też niektóre drogi. Mimo całej powagi świąt, rozbawia mnie widok budki z hamburgerami, między straganem zniczy i chryzantem.

Na 11 spokojnie. Zdecydowanie przyjemniej, niż podczas wakacyjnych przepraw tym odcinkiem. Bez korków. Nie mija chwila i już odbijam w prawo do Rosnowa. Piękne kolory jesieni, złoto, brąz i czerwień i te słońce przebijające się przez chmury i drzewa. Jest dokładnie tak, jak powinno wyglądać, o tej porze roku. I to nie jest film, ani zdjęcia z Photoshopa, to podwórko w najbliższej okolicy.

Już jestem na mojej autostradzie do Tychowa (lokalna 167). Nie zliczę ile razy jechałam tym odcinkiem. Dalej, kolejne kilometry do Połczyna. Odbijam na drogę 163, do Białogardu. Te 30 kilometrów trochę mi się dłuży. Jakby wiedziały, że to powolny, jesienny dzień. Słońce coraz bardziej chowa się za chmurami. Wiatr silniejszy, zimniejszy. Zaczynam czuć go pod warstwą ubrań. Mogę być kilometr, od początków marznięcia. Trochę mnie to martwi i wypatruję, kiedy wreszcie będzie ta stacja w Białogardzie.

Wreszcie pierwszy etap za mną. Idealnie w moment! Ciepły napój, chwila przerwy i ogrzanie rąk pod suszarką w toalecie. Obawiam się drugiego odcinka. W stronę Kołobrzegu, bliżej Północy, wiatr może na całość rządzić wyjazdem!

A tymczasem… cieplej!

Już, zza pierwszych drzew, wita mnie słońce. Dumnie przedziera się przez chmury i nie pozwala, bym utraciła zapasy ciepła, zgromadzone podczas krótkiej przerwy. Jest naprawdę dobrze, coraz lepiej. Z Oddali widzę korek na skrzyżowaniu. To będzie dłuższy przystanek, więc postanawiam go ominąć. Z mojej lokalnej 163 odbijam w prawo i na kilkaset metrów wskakuję na krajową 6. Jakaś puszka próbuje mnie zmieść i zmusza do ucieczki na pas awaryjny, dobrze, że jest szeroko. Jeszcze moment i wracam do Karlina, tym razem na lokalną 167. Liczę, że będzie spokojniej.

Jeszcze bliżej Północ…

Dygowo. Pogoda sprzyja. Dookoła pola i wiatraki, więc i jesiennych liści mniej. Skręcam z mojej trasy na szuter. Nie była bym sobą, gdybym, choć na chwilkę nie zjechała, ot tak, gdzieś w bok. Odrobinę oddalam się od głównej drogi i od miasta. W tych rejonach, akurat wiem gdzie jestem, ale ta mała odskocznia przypomina o różnych perypetiach. Jak choćby wtedy na Ukrainie, kiedy szukałam drogi przez przełęcz. I po kilkudziesięciu kilometrach przeprawy przez całkiem przejezdne błota, piach i koleiny okazało się, że dalej tylko urwisko i rwąca rzeka, że musiałam zawracać… W trasie, pod kaskiem często wracają miłe wspomnienia.

Po chwili znów jestem na lokalnej i dobijam do Kołobrzegu. Istny środek sezonu. Mnóstwo turystów. Cóż, w taki piękny dzień, nie ja jedna wpadłam na pomysł relaksu nad morzem. Choć każdy, na swój sposób.

Staję w porcie. Wiem, że nie wolno, ale przecież ja tu tylko na chwilę, przejazdem… Idę na plażę, przywitać się z morzem. Ogromne fale nie pozwalają zejść na piach. Jednak mimo wiatru, jest przyjemnie. Początkowo planowałam obiad, ale odciągnął mnie od tego pomysłu, jeszcze mocno urlopowy, klimat w mieście. Nie zostaję długo, ruszam w stronę domu.

Ostatnia część wypadu

Przejeżdżam przez centrum Kołobrzegu i kieruję się na krajową 11. Mogę jechać bocznymi drogami, z prawej lub z lewej, ale decyduję się na przejazd główną trasą. Robi się późno. Jeszcze jest ciepło i tak chcę zapamiętać ten jesienny wyjazd. Wreszcie po drodze mijam innych motocyklistów. Fajnie, że takiego jesiennego dnia, niemal listopadową porą jest nas więcej. Czuję się bardziej jak podczas pierwszego wiosennego rozruchu, niż jesiennej przejażdżki.

Dojeżdżam pod dom, pakuję Fazra do garażu, klasycznie dziękując za nawinięte wspólnie kilometry. Czuję lekki niedosyt. Trochę żałuję, że nie odbiłam jeszcze do Mielna i Łazów. Z małym trudem zamykam garaż a zmarznięte ręce sprowadzają na ziemie, że to właściwy moment, by skończyć jazdę. I myślę w duchu… jak dobrze, że nie padało!

  • Co tak wcześnie? Miało Cię nie być cały dzień…. a to ledwo co 16?
  • No tak! Zapomniałam, przecież była zmiana czasu. Czyli jednak, mogłam wracać bocznymi drogami, zjeść obiad, zrobić jeszcze jedno ogrzanie i zatoczyć większe, jesienne koło…

Szerokości!