o tych bliższych i daszych podróżach

motocyklem przez życie – karolina frytarda dudzik

Ruminia jakiej nie znacie! Park Naturalny Cheile Bicazuli-Hasmas

09bicaz

Rumunia jest atrakcyjnym krajem dla turystów, nie tylko tych motocyklowych. Grzechem byłoby jej nie odwiedzić. Natomiast utarły się już miejsca godne uwagi. Oczywiście dla wszystkich jakkolwiek zmotoryzowanych jest to trasa Transfogarska. Do niedawna, Ci bardziej ekstremalni wybierali Transalpinę (teraz już i tam nowy, idealny dywan). Dla wszelakich innych grup turystycznych przeurocza Transylwania oraz zamki Draculii, które są ikoną kraju. Większość miastowych turystów zaliczając, między innymi, Oradeę, Sibiu, Sighisoarę, Brasov, wreszcie wyląduje w stolicy tego kraju. A Ci bardziej odkrywczy, którzy unikają miejsc komercyjnych? No właśnie…

Gdyby tak wybrać się na w okolice Bicaz?

Z południa naszego kraju bliżej nam do Rumunii, niż nad Morze Bałtyckie. Nie muszę też wspominać, że szybciej… drogi u naszych południowych sąsiadów nadal są poziom wyżej. A Węgry to mało atrakcyjny i płaski kraj. Gdyby nie pozostałości po przejściach granicznych i sami celnicy, można by je przejechać bez zatrzymania, żeby nie powiedzieć „z zamkniętymi oczami”.

Bicaz to miejscowość, która sama w sobie nie jest specjalnie godna uwagi. Choć warto wiedzieć, że jest tam sklep, bankomat i stacja benzynowa. Ale pod nazwą Bicaz kryje się też jezioro Lacul Izvoru Muntelui o obwodzie ponad 80 kilometrów, którego prawobrzeże można zdobyć jadąc krajową 15, a crossem przypuszczam, objechać dookoła. Jeszcze przed wyjazdem zaintrygowało mnie to miejsce na mapie. Po rozmowie z kompanem podróży doszliśmy do wniosku… że wielkie jezioro, do tego dwa parki naturalne, nie ma innej opcji – tam musi być fajnie!

Do jeziora prowadzi kilka dróg. Od wschodu i zachodu wspomniana już 15 z Pitra Nemt do Topolity. Od północy, z Targu Neamt 15B. Mnie najbardziej zainteresował odcinek na południowy zachód, ale o nim opowiem dalej…

W poszukiwaniu noclegu

Zjeżdżając z lokalnej 15B wpadłam na jezioro, którego ogrom przerósł moje wyobrażenia. Dotychczas nie było mi pisane widzieć czegoś podobnego, nawet nie wiem, do czego je porównać. W okolicach września widać, było, że woda ma niższy poziom a ponad jej stanem wystawały kilkunastometrowe piaskowe klify. Taki widok wróżył jedno… – będzie ciężko znaleźć przytulne miejsce przy brzegu jeziora na nocleg. Jechałam 40 km wzdłuż brzegu bez plaży! Jedyne miejsce warte uwagi, jakie napotkałam, to Port Bicaz, który wyglądał jak jeden wielki remont a wszędzie dookoła widniały znaki o zakazie wszystkiego, co kojarzyło się z wodą, czyli: campingu, pływania, ogniska… Jednak nie poddawałam się. Już nawet narodził się w głowie plan, by znaleźć odrobinę miejsca na namiot przy górskim strumieniu, na dziko. I właśnie dzięki temu pomysłowi przez przypadek wpadłam w sam środek Parku Naturalnego Ceahlau.

Bardzo przyjemnie mknęło się między ukrytymi u podnóża gór wioskami. Po drodze minęłam nawet pieszych turystów, których widok wywołał uśmiech na twarzy. Odczuwałam niedosyt pieszych wędrówek. Wzbijałam się wyżej, na horyzoncie, w oddali zaczęły wyłaniać się ogromne skały, których widoku także brakowało. Wreszcie wpadłam w bramę Parku Naturalnego Ceahlau. Z naprzeciwka wracały auta, nikt przed wjazdem mnie nie zatrzymał, więc postanowiłam nie zawracać. Liczyłam na to, że na szczycie, w sercu tego parku wpadnę na schronisko górskie. Już nawet zapomniałam o tym, że nocleg miał być nad jeziorem…

Zabłądziłam. O ile, da się zabłądzić na drodze bez rozjazdów. Natomiast wiedziałam, że pnąc się dalej tą drogą, która z metra na metr stawała się coraz bardziej dzika, wyjadę z drugiej strony przełęczy albo (wersja pesymistyczna) stanie się dla mnie zupełnie nie przejezdna. Na mapie, którą posiadałam już dawno jej nie było, a nie minęłam żadnego drogowskazu, który by urzeczywistnił moje marzenie o schronisku. Nie chcąc ryzykować, ewentualną wywrotką zawróciłam. Zaczęłam zastanawiać się, czy w ogóle mogłam tu wjechać. Może auta które mijałam należały do pracowników? W międzyczasie Tomek rowerem dotarł do portu. Dzwonił, by ustalić plan. Ja zafascynowana, być może nielegalną, podróżą po lasach Parku Naturalnego Ceahlau, nie słyszałam telefonu.

Wreszcie się znaleźliśmy. Odrobinę opadając z sił, głodni podjęliśmy decyzję. Jedynym rozsądnym noclegiem, który w miarę wpasował się w nasze wymogi, okazał się unikany przez nas wcześniej Port Bicaz. Byliśmy nawet gotowi złamać panujące tu zasady dotyczące campingu. Po wizycie w recepcji, nasze nastawienie zmieniło się. Tym razem nocleg też kosztował 15 Lei (jak w wielu innych miejscach), z tą różnicą, że za dwie osoby a nie za jedną. W porównaniu do wyrastających, jak grzyby po deszczu, pensjonatów i co najmniej trzy gwiazdkowych hoteli, portowy ośrodek odstawał od ogólnych standardów. Dla nas to żadna przeszkoda. Znaleźliśmy inne uroki tego miejsca.
Okazało się, że bez łamania przepisów możemy rozbić namiot i rozpalić ognisko. Pytaniem o kąpiel obsługa zdawała się być lekko zmieszana. Jakby nikt wcześniej nie wpadł na tak nietypowy pomysł, jak pływanie w jeziorze. Co kraj to obyczaj.

Namiot rozbiliśmy na górce, innej opcji nie było. Z widokiem na jezioro i zaporę prowadzącą do miejscowości Bicaz. Wokół przycumowane statki, przerobione na restaurację i… posterunek policji. Kilka domów letniskowych (coś w stylu campingu) przytwierdzonych stalowymi linami do brzegu i grupka mężczyzn ujeżdżająca skutery wodne. Postanowiliśmy zostać dwa dni. Odpocząć po dotychczasowych podróżach i przed kolejnymi karpackimi trasami. Nie dawała nam też spokoju bliskość kolejnego Parku Naturalnego. Oczywiste było, że go zdobędziemy!

Park Naturalny Cheile Bicazului-Hasmas

Jeśli byłeś kiedykolwiek w polskich Górach Stołowych (Błędne Skały oraz trasa turystyczna po Szczelińcu Wielkim) lub czeskim Skalnym Mieście, to wyobraź sobie motocyklowe skalne miasto. Kiedy wśród kilkuset metrowych skał wzbijasz się po asfaltowych serpentynach na szczyt przełęczy. Po drodze mijając skalne monumenty, które w głowie same tworzą postaci i obrazy. A jakby tego było mało, motocykl można zostawić na strzeżonym parkingu i pójść na pieszy szlak intensywniej chłonąc magię tego miejsca. Raj dla miłośników skał. Do tego noclegi, knajpki i małe jeziorko (w porównaniu do Bicaz). Obok wypożyczalnia łódek. Można podpłynąć do podnóża i podziwiać te cuda natury z perspektywy wody.

Droga, o której wspomniałam, to trasa 12C Z Bicaz do Gheorgheni. Odcinek ma około 55 kilometrów, z czego przełęcz liczy18 km i jest to zaledwie odrobina z całej przestrzeni, jaką obejmuje Park Naturalny Cheile Bicazului-Hasmas. Nie jest to tor wyścigowy, a dość wąska przełęcz z odczuwalnymi przewyższeniami. Asfalt klasy… nazwałabym to polskiej. Ale roboty drogowe odbywały się akurat w momencie naszego przejazdu, widać, że Rumunia doceniła potencjał tego parku i być może w niedługim czasie dywan stanie się bardziej przyjazny dla tych zmotoryzowanych? Nie mknęłam przez te zakręty bez opamiętania, a nawet przyjemnie było zwolnić i poczuć się jak bohater filmu umieszczony w scenerii rodem z amerykańskich kanionów. A wszystko w zdecydowanie bliżej i bardziej dostępnej dla mnie Europie.

Przejazd przez przełęcz wywołała całkiem miłe doznanie. Odzyskałam wiarę w symbolicznego Easy Ridera. Aż chciało się na chwilę zatrzymać czas. Z przyjacielem przysiedliśmy na ławce przy brzegu jeziora, co by nasycić się widokami i naładować pozytywną energią.

Z deszczu pod rynnę…

Choć z zasady staram się nie wracać tą samą drogą, tym razem takie rozwiązanie wcale nie było dla mnie czymś mało odkrywczym. Nawet perspektywa kolejnego dnia, który też obejmował ten odcinek wywołała uśmiech na twarzy. Bez zbędnej modyfikacji planu, godne zapamiętania i warte uwagi miejsce mogłam odwiedzić kilka razy. – Przecież nie jestem w stanie przewidzieć kiedy znów zabłądzę w tą część Rumunii?

Z południa nadciągały deszczowe chmury, a my mknęliśmy między górami wprost na nie. Było oczywiste, że wpadniemy w deszcz. Zastanawiałam się tylko, jak potężny będzie i jak długo nam potowarzyszy. Podróż w ulewie nie należała do najprzyjemniejszych. Czułam jak chlupało mi w butach. Strumień wody, niczym wodospad Niagara, przelewał się od karku wzdłuż pleców do spodni, pod tyłkiem tworząc kałużę. Jeżdżące z naprzeciw auta wywoływały falę Tsunami, która chciała zmieść z powierzchni ziemi całą naszą trójkę (Fazra, Tomka oraz mnie). Przez zamkniętą szybkę nie widziałam nic, a przez otwartą fale błota zalewały mi twarz, a przede wszystkim oczy. Bardziej mokra być nie mogłam. Jednocześnie wiedziałam, że byliśmy blisko celu. Prędkość z 90 km/h spadła do 40 km/h a ja bez zatrzymania chciałam wyjechać z tej ulewy. Dobiliśmy do Bicaz, przestało padać. Tomek przemoczony do suchej nitki zszedł z motocykla, po czym powiedział:

a nie mogłaś się po prostu zatrzymać gdzieś pod dachem i przeczekać aż przejdzie? – Pewnie miał rację, ale musiałam zrobić po swojemu :).

Czas ruszać dalej!

To był pierwszy, ale nie ostatni deszcz naszej podróży. Przemoczeniu, troszkę zmarznięci za to już w dobrych humorach i z wielkimi zakupami, jako rekompensata deszczowej przygody, dotarliśmy do namiotu. W porcie też dało się odczuć obecność deszczu. Na szczęście tymczasowy dom nie przemókł. Mokre ciuchy wylądowały na werandzie stojącego obok domku, w nadziei że przez noc wyschną. A my zorganizowaliśmy przy ognisku wieczorną ucztę. Jutro czekał kolejny dzień przygód i podróż w inny rejon Karpat…

Park Naturalny Cheile Bicazuli-Hasmas był jednym z etapów projektu „Frytarda and Ossoman Karpaty Expedtion on moto i cycle 2012”. Wyjazd obejmował przejazd przez całe Karpaty, a podróżowaliśmy, choć jednośladami, to.. Tomek Brzeziński, mój kompan – rowerem, a ja – motocyklem Yamaha Fazer 600.