o tych bliższych i daszych podróżach

motocyklem przez życie – karolina frytarda dudzik

Kierunek Sokoły, czyli projekt Gdzie ta wpinka? MOTOWSPIN 2015, cz. I

Droga w Sokoliki

W kwietniu 2015 roku przyszedł czas na realizację pierwszego motowspinowego projektu. Gdyby ktoś zapytał mnie, jeszcze kilka lat temu, czy będę się wspinać, z pewnością odpowiedziałabym – Oczywiście, że nie! Przecież do tego trzeba mieć ogromną siłę no a poza tym, gdzie ja? Jestem już na to za stara. – Zresztą, nie raz widziałam wspinaczy, jeszcze podczas wypadów w rejony Gór Stołowych i nie widziałam siebie w tej roli. Miałam też okazję być w Sokołach Fazrem. Pamiętam ten pierwszy wypad w 2011 roku, absolutnie niewspinaczkowy. Leśny, górski, offroadowy. Wtedy najbardziej kręciło mnie to, że mogłam bezkarnie błądzić po miejscowych lasach. Powiedzmy, że miałam swego rodzaju przepustkę.

Musiały minąć ponad 3 lata. Musiałam wrócić w rodzinne strony, nad Morze Bałtyckie. Musiałam też zaprzyjaźnić się z Marcinem, który w mym pokręconym życiu pojawił się w równie niespodziewany sposób, jak wiele osób, towarzyszących w tych niesamotnych, podróżach. Te czynniki, choć też wiele innych, pozwoliły zrozumieć, że… wspinanie jest jak najbardziej dla mnie. Stwierdziłam, że zdecydowanie chcę jechać na wspin i wejść na prawdziwą skałę.

A jak już jechać, to tylko motocyklem…

Rozmowa o doborze środka transportu nie była specjalnie ciężka. Właściwie to tylko oznajmiłam, że jedziemy motocyklem i… „będziesz moim Plecaczkiem”. Marcin zgodził się i to chyba jedyny raz na taki układ. Pewnie nie do końca wiedział, w co się ładuje. To był jego pierwszy tak daleki wypad motocyklowy, do tego jako pasażer. Zresztą, ja też nie do końca wiedziałam, co tym razem mnie spotka. Każdy wyjazd jest inny i zawsze obfituje w nowe przygody. Podczas rozmowy, Marcin zapytał mnie tylko o jedną czysto techniczną sprawę, czy na pewno zmieścimy wszystkie bagaże. Byłam pewna, że tak, skoro na malutkim Van Vanie udało się umieścić rzeczy na długą wyprawę, nie miałam podstaw twierdzić, że ponad 5 razy mocniejszy Fazer, nie udźwignie naszej dwójki z tobołami. Na szczęście obyło się bez pytań, czy będzie ciepło, wygodnie. Decydując się na wyjazd z początkiem kwietnia, możemy zmarznąć. Mi za to narodziło się jedyne słuszne pytanie. –  Jak długo? – Odpowiedziałam sobie na nie też sama. – W najgorszym przypadku 500 km.

Pakujemy, startujemy

To nie był spontaniczny wypad bez planu. Przygotowywaliśmy się do niego już dużo wcześniej. Począwszy od wspinaczkowych treningów, poprzez wstępny podział obowiązków codziennego funkcjonowania. Kto będzie zmywał, kto gotował, kto rozbije namiot, a kto wyznaczy trasę. Wszystko w miarę elastycznie i z pełną dozą rezerwy, bo przecież oczywiste było, że dopiero w praniu ostatecznie wyklaruje się podział zadań. Podzieliliśmy się też ze względu na doświadczenie. Marcin dbał o część wspinaczkową naszego wyjazdu, ja zajęłam się częścią podróżno-logistyczną. Pewne było jedno, jak się nie pozabijamy na żadnym ze złożonych etapów – od podróży, po pobyt w skale a przede wszystkim nie wykończymy psychicznie, to będzie tylko z górki. Wyjazd miał potencjał!

100 litrowy wór z ciuchami, butami i śpiworami. 2 maty do spania, namiot, odrobina kosmetyków, jakieś jedzenie, tankbag z milionem potrzebnych drobiazgów, kartusz z gazem, kawiarka, kubek, scyzoryk, latarki, aparat, kamera, komputer a przede wszystkim sprzęt do wspinania i asekuracji: 60 metrów liny, ochnaście ekspresów, przyrządy asekuracyjne, uprzęże ale też buty i woreczki z magnezją. Lista rzeczy była naprawdę długa. Na domiar dochodziły jeszcze ciuchy i buty motocyklowe, kaski, rękawice, zestaw narzędzi. Nasze rzeczy zajęły cały bagażnik i jeszcze kawał miejsca pasażera. My, wciśnięci we dwójkę w półtorej siedzenia. Z bagażami wystającymi ponad głowę, tankbagiem zasłaniającym kokpit oraz kamerą GoPro zamontowaną na przednim błotniku, ruszyliśmy, obładowaniu jak Rumuni, w 500 kilometrową podróż z Koszalina, po wspinaczkową przygodę, w Góry Sokole.

To ja byłam naszym kierowcą i tym razem nie było opcji na podmiankę w trakcie trasy. Wolałam oszczędzać siły na nowe doznania związane ze wspinaniem, a na Południe doturlać się sprawdzoną trasą. Obrałam przejazd przez lokalnie, znajome drogi Połczyn, Mirosławiec, Drezdenko, by w Skwierzynie odbić na krajową trójkę i już po prostej dotrzeć w okolice Jeleniej Góry.

Skoro motocyklem, to pewnie szybciej…

Wypoczęci i żądni przygód wystartowaliśmy popołudniem. Początkowo szacowałam dojazd na około 7 godzin. Wiedziałam, że po drodze na pewno czekać nas będzie tankowanie, do tego zaliczymy jakąś przerwę na kawę. Jadąc przez całą Polskę, nawet najkrótszym odcinkiem, jest też większe prawdopodobieństwo deszczu. Brałam też pod uwagę to, że tak obładowanym może być nam średnio wygodnie i ten dyskomfort będzie powodem do częstszych przystanków.

Początkowo trasa zapowiadała się idealnie. Lecieliśmy fajnymi drogami. Było ciepło, pogoda dopisywała. Oko cieszyła budząca się do życia przyroda, w końcu jechaliśmy wczesną wiosną. Niestety upływający czas nie zgrywał się z biegiem kilometrów. I mimo, że jechało się przyjemnie, drogi wcale nie ubywało. Prawie zastał nas zmrok, nim dobiliśmy do Skwierzyny, żeby władować się na krajową trójkę. A to była ledwo co 1/3 trasy. Miało być już tylko z górki, bo głównie po prostej i szybciej. Droga niezmiennie się dłużyła. Drugi przystanek (pierwszy w Skwierzynie) zafundowaliśmy sobie już grubo po zmroku, w Polkowicach. Podczas postoju zauważyłam, że (po raz kolejny zresztą) druty wyszły mi z tylnej opony. Cóż jedyne co mogłam zrobić, to zwolnić i liczyć na to, że bez szwanku dojedziemy do celu, no a przed podróżą powrotną zorganizować inną oponę.

Chcemy spać!

Krajowa trójka doprowadziła nas do Janowic Wielkich. Pozostało odbić w lewo. Ostatnie kilka kilometrów dzieliło nas od kempingu. Niestety późną nocą dojazd na nocleg też okazał się kłopotliwy. Wpadliśmy na wąskie dziurawe coś, zapewne będące drogą. Znacząco różniła się jednak od moich ulubionych lokalnych ścieżek. Zmęczeni i zmarznięci błądziliśmy jeszcze ponad godzinę wzdłuż i wszerz. Poszło po największej linii oporu. Z powodu ciemności panującej w całej okolicy, przeoczyliśmy też drogowskazy do naszego celu – kempingu 9UP. Obawiam się, że całą wioskę zbudziliśmy wiercąc się po okolicy.

Na zegarze było już grubo po 23, gdy wreszcie udało się dotrzeć na miejsce. Marcin rozpoznał rejony, dojechaliśmy! Tu zamieszkamy przez najbliższe dwa tygodnie. Pozostało jeszcze rozbić namiot i pójść spać, a przede wszystkim odpocząć. Rano czekała nas pierwsza wspólna wspinaczkowa przygoda w skałach…

Czas na serwis

Nasz wyjazd toczył się trybem dni wspinaczkowych i restowych (wolnych od wspinania). W proporcjach, mniej więcej trzy wspinaczkowe jeden restowy. W pierwszy, wolny od wspinania dzień, jeszcze przy śniadaniu odpaliłam komputer, w poszukiwaniu opony, na drogę powrotną. Udało mi się znaleźć na aukcji jakiś godny uwagi egzemplarz. Po kilku dniach na kempingu pojawiła się prawie nowa opona. Pozostało jeszcze umówić się u miejscowego wulkanizatora na wymianę. Tutaj zostałam odesłana do serwisu motocyklowego w Jeleniej Górze. Jeszcze jeden telefon i już z zapakowaną oponą doturlałam się na drutach do serwisu. Mili Panowie od ręki pomogli. W międzyczasie spiliśmy razem kawę. Rejestracja ZK w tym jeleniogórskim rejonie, w okolicach kwietnia, była najwyraźniej dla Panów ciekawą odskocznią od codziennej rzeczywistości. Mi też przyjemnie gaworzyło się o regionalnych atrakcjach, nie tylko motocyklowych.

Do sklepu wpadł „rasowy” Harleyowiec. Ubrany w skórę, kamizelką ociekającą w zlotowe odznaki, kowbojki i orzeszek, przechadzał się między półkami. Znam te klimaty! Jeszcze nie tak dawno sama pomykałam na Virażce w Easy Riderowym stylu, choć dziś nie zamieniłabym Fazra na chroma. Czas mijał powoli i motocyklowo. Udało mi się też zachęcić Panów do zakupu czerwcowego numeru gazety Motocykl, gdzie ukazywał się mój artykuł o środkowopomorskich regionach. Tymczasem w pomieszczeniu obok, inni Panowie stawiali Fazra na koła, i to dosłownie, na koła!

W stronę skał!

Serwis skończony. Ruszyłam już w bezpiecznym trybie z powrotem na kemping. Po drodze jeszcze zakupy na kilka kolejnych dni. Obładowana dobrami, tym razem, obrałam inną miejscową drogę w stronę 9UPu. Nie byłabym sobą, gdybym nie zdecydowała się na zdobywanie nowych ścieżek.

Dojazd do kempingu od strony Jeleniej Góry okazał się bardziej przyjazny. Droga też wąska, ledwo co na półtorej samochodu, jednak nawierzchnia, w zdecydowanie, lepszym stanie. Wymieniony kapeć, słoneczko, wracało się szalenie przyjemnie.

Kolejne dni należały do wspinaczki. Odkrywałam nowe tajniki, zbierałam różne wrażenia dotyczące tego niesamowitego sportu. Tymczasem Fazer pasł się grzecznie na parkingu, w każdym momencie gotowy do drogi. Cierpliwie czekał, do kolejnego wolnego dnia. Plan wycieczki urodził się przy śniadaniu. Postanowiłam, że przez Wałbrzych oraz Czechy wybiorę się do Kudowy-Zdrój. Potrzebowałam wrócić, w dawniej, często odwiedzane rejony…

CDN..